Pali się u Tadka!

Pisałem już kilka razy o genialnych bajkach, czy raczej słuchowiskach na winylach, które mam w kolekcji. „O dwóch takich co ukradli księżyc” pisałem TUTAJ, a o „Zwierzętach i zbójcach” oraz „Latającym kufrze” TUTAJ.

Ostatnio zakupiłem dwa kolejne genialne przykłady bajek sprzed lat.

Kojarzycie tekst, w którym padają m.in. takie słowa?

„Rzadko bywają strażacy tacy, Tacy strażacy – to są strażacy” – to oczywiście „Pali się” Jana Brzechwy.

To, co robi tu Jan Kobuszewski to jest mistrzostwo świata. Choć niektóre dzieci mogą się pewnie przestraszyć jego przerażającej interpretacji. Mało jest dodatkowych dźwięków (pojawia się przelatująca mucha, jakiś wiatr), głównie mistrz Kobuszewski.

Za reżyserię tego mini słuchowiska odpowiada nagrodzona za twórczość artystyczną dla dzieci Stanisława Grotowska. Za opracowanie muzyczne Jerzy Kordowicz, znany popularyzator muzyki elektronicznej w Polskim Radiu, prowadził m.in. audycje „Studio el-muzyki” i „Top tlen”.

Płytę wydał Tonpress w 1978 roku, a projekt graficzny przygotowała Danuta Cesarska, autorka wielu okładek. Ta jest naprawdę niezła.

Chociaż jeszcze lepsza jest ta. Oto „O Tadku-Niejadku, babci i dziadku” Wandy Chotomskiej.

To wydanie z 1972 roku wypuszczone na rynek przez Muzę. Niestety nie ma tutaj nazwiska autora czy autorki okładki. A co na samej płycie? To już dużo większe bajkowe przedsięwzięcie niż wspomniany wyczyn Kobuszewskiego. Występuje tu cały zespół instrumentalny odpowiedzialnego za muzykę Mieczysława Janicza, autor m.in. muzyki do wielu filmów animowanych.

Za reżyserię odpowiada Wiesław Opałek, a wystąpili m.in. Zofia Raciborska (była panią Zosią w „Jacku i Agatce”), Tadeusz Bartosik (wystąpił w filmie „Zezowate szczęście” i serialu „Stawka większa niż życie”, aktor i piosenkarz Bogdan Niewinowski oraz sama Irena Kwiatkowska. Wyszła z tego świetna opowieść dźwiękowa.

Muza poleca też inne płyty dla dzieci (widać na zdjęciu) i na pewno się za nimi rozejrzę. A na deser Bogdan Niewinowski:

Rozmowy mistrzów

Tym razem, wyjątkowo, nie będzie o płytach, ale krótko o książce. Ale oczywiście z płytami związanej. Oto „For The Record. Conversations with people who shaped the way we listen to music”.

W zasadzie podtytuł wszystko wyjaśnia. To po prostu zestaw rozmów wyjątkowych muzycznych osobowości o… muzyce.

Książkę kupiłem w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Bez problemu można ją kupić w necie. Warto, bo to niemal 400 stron bardzo ciekawych opowieści.

Fajnie, że są to zapisy spotkań muzyków i wymiany ich myśli, a nie po prostu zwyczajne wywiady. Rozmawiają m.in.: Nile Rodgers z zespołu Chic (tak, to ten od „Get Lucky” Daft Punk) z Martynem Ware (m.in. Human League). Do tego Jaki Liebezeit (jego perkusję słychać na płycie „Ultra” Depeche Mode), Gareth Jones (też pracował z Depeche Mode, ale też z Nickiem Cave’em), mistrz konsolety Adrian Sherwood, sam Lee „Scratch” Perry, Modeselektor czy Erykah Badu.

Oto zestawienie esejów, które zaproszeni bohaterowie przygotowali dodatkowo do książki.

Może szata graficzna nie powala, ale naprawdę warto poczytać, jak o muzyce rozmawiają takie ważne i ciekawe postaci.

Drobne rowki dla obrazków

Są takie płyty, które kupuję przede wszystkim dla okładek. Na przykład, taki zestaw.

Wytłoczono jest w wytwórni płyt winylowych w Pionkach, Pronit. Produkcja ruszyła tam w 1957 roku. Przed wojną w zakładzie produkowano m.in. proch.

Kiedy fabrykę przystosowano na tłocznię wytwarzano wówczas płyty  o szybkości 33 lub 45 obr./min, szelaki na 78 obrotów, pocztówki dźwiękowe. Zlecenia składały tam Polskie Nagrania. Na przełomie lat 70 i 80 Pronit wydawał też płyty samodzielne. Niestety w 1991 roku zakończono produkcję płyt gramofonowych.

Nie będę się tu skupiał na muzyce, ale właśnie na okładkach. Egzemplarz powyżej zaprojektował nieżyjący już grafik Andrzej Radziejowski, który przez lata współpracował z Pronitem. Znalazłem też informacje, że projektował okładki książek.
Tutaj zaprezentował bardzo ładny zestaw: melonik, rączki, kwiat, a otwór na środku to niby twarz. Oczywiście okładka na zdjęciu leży bokiem.

Z tyłu okładki prezentowały się mniej okazale, ale za to, można było wyczytać wiele ciekawych informacji, na przykład, że to płyta długogrająca drobnorowkowa.

„Paryska” okładka też jest bardzo ciekawa. To zapis nagrań z 1955 roku, zarejestrowanych przez Orkiestrę Smyczkową Ryszarda Damrosza. Szczegóły poniżej.

Poniżej grafik też się nie narobił, mówiąc delikatnie.

Fronty płyt są jednak bardzo ciekawe. Ładne kolorowe nutki, pasujące do muzyki tanecznej. Saksofon i kolorowe trójkąty jako ilustracja do składanki „W rytmie piosenki i tańca” też dobrze pasuje.

Płyty kupiłem za grosze w bardzo fajnym antykwariacie winylowym w Warszawie, przy ulicy Marszałkowskiej, niedaleko placu Zbawiciela – polecam winylowym poszukiwaczom.

Śnieg i mróz x 3

Ten album jest tak piękny graficznie, że w zasadzie wystarczyłoby pewnie wrzucenie tu kilku fotek i wielu fanów analogów pobiegłoby od razu do sklepów (można u nas dostać tę płytę bez problemu).

Soundtrack z genialnego serialu „Fargo” został w wydany w bardzo fajnej serii At The Movies.

Na trzech płytach znalazła się ścieżka dźwiękowa Jeffa Russo (ostatnio napisał muzykę do serialu „Legion”) oraz utwory wykorzystane w drugim sezonie.

Jego akcja rozgrywa się w 1979 roku, ale kompozycje niekoniecznie są z tego okresu. Jest tu na przykład piosenka Lisy Hannigan, której jeszcze w latach 70 nie było na świecie.

Jak widać wydanie ma wiele zdjęć z bohaterami serialu, genialnych zdjęć.

 

Russo opowiadał w wywiadzie, że pisząc muzykę do „Fargo” słuchał dużo krautrocka, rocka progresywnego. I to słychać w jego kompozycjach.

Wydawca dołożył do płyt genialny gadżet, skrobaczkę do szyb.

 

A całość zakończył mistrzowskim zdjęciem, w zasadzie mówiącym wszystko o tej mrocznej, surrealistycznej i pełnej humoru historii.

Para buch! Koła w ruch!

Od kilku lat polowałem na ten winyl. W końcu, w jednym z warszawskich antykwariatów udało się ! Tak, tak, oto płyta z odgłosami lokomotyw. Do tego węgierska.

Oczywiście dla wielu winyl „Magyar Gozmozdonyok” może wydawać się kuriozalny, ale przecież jaki to genialny pomysł nagrać stare pociągi! Zresztą, na tylnej okładce pan dr Zsolt Karolyi wyjaśnia, że chodzi o zachowanie dla potomnych tego pięknego ducha prawdziwej żelaznej kolei.

Bohaterami płyty jest kilkanaście wyjątkowych lokomotyw. Słyszymy jak te zatrzymują się na stacjach, ruszają z nich, przejeżdżają przez różne tereny. Para bucha, psy szczekają, słychać nawet zapowiedzi z dworców.

W specjalnej wkładce znalazły się zdjęcia tych piekielnych maszyn i opisy lokomotyw. Są wśród nich te z najpopularniejszej na Węgrzech klasy MAV jeszcze z lat 20 zeszłego wieku, które rozpędzały się do 90 km/h. Są też jednak takie z końca XIX wieku, które nie osiągały nawet 40 km/h.

Całość opisana w trzech językach: węgierskim, angielskim i niemieckim.

Ten wyjątkowy krążek został wydany w 1983 roku przez powstałe na początku lat 50 wydawnictwo Hungaroton. Zresztą wciąż działające.

Na kopercie wewnątrz znalazły się ciekawe wskazówki dla użytkowników winyli. Jak przechowywać, jak czyścić, czego unikać. Przydatne do dziś.

„Magyar Gozmozdonyok” bywa dostępny na aukcjach internetowych i w antykwariatach, ale nie jest to zbyt popularny krążek. A tak genialny!

Wsiadam więc do MAV 424 i mknę przez Węgry! Tak to mniej więcej brzmi:

Mistrz klawiszy

To było jedno z przyjemniejszych spotkań muzycznych w mojej dziennikarskiej historii. Niedługo po tym, jak rozmawiałem z geniuszem Andrzejem Korzyńskim (zapis rozmowy przeczytacie kilka wpisów niżej), spotkałem się z innym mistrzem elektroniki. To Mikołaj Hertel. Na przełomie lat 80. i 90. jego kompozycje królowały jako ilustracja wielu programów tv i audycji radiowych. Pisał też przeboje dla gwiazd naszej sceny. Pan Mikołaj okazał się przemiłym człowiekiem i opowiedział wiele ciekawych rzeczy. Poniżej niektóre fragmenty naszej rozmowy. Zgodził się też podpisać mi dwie płyty, swoją oraz winyl z muzyka z programu Sonda, w którym można było usłyszeć jego kompozycje. O płycie „Sonda 2” pisałem TUTAJ.

  sonda2 hertelsonda

Zanim został pan rozchwytywanym autorem elektronicznych ilustracji do wielu programów telewizyjnych i animacji, pisał pan piosenki dla gwiazd naszej sceny, a wcześniej próbował kariery pianisty. Skąd takie zmiany w karierze?

Gdy kończyłem Wyższą Szkołę Muzyczną w dziedzinie fortepianu, miałem nadzieję na karierę pianistyczną. Na dyplom zagrałem III koncert Rachmaninowa, co było dużym wydarzeniem. Później wyjechałem na konkurs pianistyczny do Vercelli we Włoszech. Znalazłem się nawet w finałowej dwunastce, ale nie dostałem nagrody. Wtedy moja pianistyczna kariera ugrzęzła. Ludzie bez nagród w zasadzie tracą katapultę do kariery. Pozostaje akompaniowanie, a ja nie chciałem z tym wiązać swojej przyszłości. Poza tym po 28. roku życia – to graniczny wiek dla uczestników wielu konkursów – było już za późno na karierę. Zainteresowałem się więc piosenką, bo miałem skłonności do improwizowania. Więc pewnego dnia po prostu zacząłem dzwonić do artystów i proponować im moje kompozycje – dzisiaj pewnie coś takiego nie byłoby możliwe. Dzwoniłem do Jerzego Połomskiego, Alicji Majewskiej czy Zdzisławy Sośnickiej, jechałem do nich i grałem pomysł na pianinie. Albo się podobał i był brany, albo nie. Czasami proponowałem też autora tekstu. Pierwszą taką kompozycją był chyba „Sen, który się spełnia” dla duetu Majewska – Połomski. Dobrze się współpracowało, bo nagranie realizował mój kolega z łódzkiego liceum Włodzimierz Korcz.

A kiedy pojawiły się klawisze?

Zacząłem z nich korzystać trochę z pragmatyzmu. Mogłem na nich sam robić akompaniamenty, nie musiałem jeździć do Łodzi czy Katowic, by tam współpracować z muzykami. Wbrew pozorom mam charakter dość konfliktowy i doprowadzałem do scysji z muzykami czy dyrygentami. A tak, pracując samemu w domu, miałem święty spokój. Szybko doszło do sytuacji zaskakującej. Tak naprawdę na instrumentach klawiszowych wykonałem bardzo mało podkładów piosenkowych, a wszedłem w muzykę instrumentalną. Syntezatory pchnęły mnie w kierunku wielościeżkowego nagrania instrumentalnego. Pochłonęła mnie autonomia tych brzmień, odejście od służebnej roli podkładu. A ponieważ zacząłem mieć na tym polu sukcesy, to na kilka lat wsiąkłem w instrumentalizm. Ale wszystko się kończy.

Na początku XXI wieku zaczął pan odchodzić od elektroniki.

Wynikało to z różnych powodów. Jednym był pewien marazm, który zapanował w instrumentarium elektronicznym. Oczywiście znajdzie się wielu, którzy się ze mną nie zgodzą, ale mam wrażenie, że z czasem na rynek zaczęły wchodzić instrumenty coraz gorsze. Były coraz doskonalsze, jeśli chodzi o funkcjonalność, do wszystkiego: kompozycji i na koncert. Coś się w drodze rozwoju jednak zgubiło. Zamiast fenomenalnych brzmień zaczęła rządzić zasada wygody i funkcjonalności. To mnie zniechęciło. Podobnie jak wymiar wirtualny tych instrumentów. Nie wszedłem już w tę rewolucję.

Na wydanej właśnie płycie „Dźwięki dalekiego świata” znalazła się m.in. kompozycja „Żaglowce w deszczu”, jedno z pana pierwszych elektronicznych dokonań.

To część muzyki napisanej do pokazu mody, a właściwie filmu dokumentującego ten pokaz, „Wybrzeże”. Pokaz Telimeny czy Mody Polskiej odbył się w połowie lat 80. w Gdańsku na cumujących tam wtedy żaglowcach. Motyw, tak jak wiele innych z tej płyty, zagrałem na moim pierwszym znakomitym instrumencie, syntezatorze Roland Juno 106, który kupiłem w Monachium.

Dochodzimy tu do ciekawego epizodu uzdrowiskowego w pana karierze.

Na przełomie lat 70. i 80. dla muzyków były w zasadzie dwie drogi zarabiania na życie. Albo granie na statkach amerykańskich czy też pływających do Skandynawii. Albo granie w „badach”, czyli niemieckich uzdrowiskach. Tam jeździli muzycy, którzy mieli preferencje wynikające z muzyki klasycznej. Grano tam bowiem, oprócz muzyki rozrywkowej, właśnie klasykę. Na statkach preferowano z kolei jazzmanów i muzykę rozrywkową. Ja skończyłem wyższą szkołę muzyczną w klasie fortepianu, więc naturalny był kierunek niemiecki. Zresztą bujanie też miało swoje znaczenie. Koledzy opowiadali, że pierwszy wyjazd spędzali przy burcie, a ja źle znosiłem takie historie. Na pierwszy roczny kontrakt ściągnęli mnie znajomi. To było dość wyczerpujące, bo czasami trzeba było grać nawet trzy razy dziennie. Rano koncert, potem popołudniu, a na wieczór na przykład granie do turnieju tańca. To nie była tylko sielanka, ale za to bardzo dobrze płatna. Na początku miałem 1800 marek miesięcznego wynagrodzenia, co było u nas nawet roczną pensją.

I za te pieniądze kupił pan pierwszy klawisz?

Podczas wolnych poniedziałków w Bad Tölz wyjeżdżałem do sklepu muzycznego w Monachium. Spędzałem tam tyle godzin, że sprzedawca wzdychał, jak mnie widział i musiał często wyrzucać „herr Hertla”, żeby móc zamknąć sklep. Tam udało mi się kupić wspomnianego Rolanda Juno-106, choć wielu przyjaciół namawiało mnie na Yamahę DX7, którą używał chociażby Jean-Michel Jarre. Więc kiedy przyjechałem z tym rolandem, to wśród znajomych przeważał jęk zawodu. Ale później ten Juno-106 stał się kultowym instrumentem. Już go nie mam, ale to też ciekawa historia, bo on trafiał do mnie dwa razy. Sprzedałem go po pewnym czasie za grosze koledze. Potem ten kolega zdradził mi, że sprzedał kolejnemu koledze, i tak po kilku osobach postanowiłem go od kolejnej odkupić, oczywiście za większe pieniądze niż sprzedałem. Byłem w nim zakochany.

3-hertel

Na „Dźwiękach dalekiego świata” jest kilka piosenek poświęconych konkretnym osobom.

„Przylot Okęcie 80” został napisany po katastrofie lotniczej, w której zginęła Anna Jantar. Jedną z jej ostatnich piosenek była nagrana ze mną „Dlaczego nikt nie kocha nas” z tekstem Bogdana Olewicza. „Przylot Okęcie 80” to chyba jedyny przypadek, w którym mój utwór wylądował na półce, był zakaz emisji przez wiele lat. Trudno do końca zrozumieć powody. Ale był znak zapytania wokół tej katastrofy, nie chciano jej zbytnio nagłaśniać, temat był wyciszany.

hertelautograf

To jedna z kompozycji, w których korzystał pan z sampli czy też dźwięków niewykreowanych na klawiszach.

Tak, z banku dźwięków wziąłem efekt wybuchu. W numerze słychać też głos stewardessy, która po angielsku prosi o zapięcie pasów. To jest głos mojej żony nagrany w studiu. Jest również na płycie kompozycja „Płomienie świec” zadedykowana Jerzemu Popiełuszce. Odnosi się do płomieni świec, które wierni wystawiali dookoła kościoła św. Stanisława Kostki w Warszawie, w którym kazania prowadził Popiełuszko. Znałem księdza, byłem na jego ostatnich urodzinach, grałem na fortepianie. Napisałem dla niego także kilka innych pieśni.

Wspomniał pan o wykorzystaniu pana muzyki jako ilustracji do wielu programów. Można powiedzieć, że trudno było nie usłyszeć pana muzyki w latach 80. Była m.in. w „Sondzie”, „Pieprzu i wanilii” czy „Radiu dzieciom”.

Faktycznie był taki okres, że zasięg tych kompozycji był ogromny. Także w radiu ich nie brakowało, chociażby w słynnych audycjach Jerzego Kordowicza w radiowej Trójce (niedawno do radia wróciła jego audycja „Studio El Muzyki”). Na przykład nagranie „Zagubiona w nostalgii”, jak wykazywał ZAiKS, było nadawane 300 razy w roku. To był złoty okres muzyki instrumentalnej. W pewnym momencie trend się jednak zmienił. Gdzieś pod koniec lat 90. nastąpił odwrót od muzyki elektronicznej. Weszła muzyka fortepianowa, akustyczna. I też do niej wróciłem, więc moja kariera też zatoczyła koło. Wróciłem do młodości, instrumentarium klasycznego. Piszę teraz utwory na harfę, fortepian, orkiestrę.

Czekają nas jeszcze jakieś wznowienia pańskich dokonań elektronicznych?

Są jeszcze dwa ważne cykle, które Kordowicz uważa za moje najlepsze. Czekają.

Cały zapis mojej rozmowy z Panem Mikołajem ukazał się w „Kulturze” DGP 3.02.17

————–

Dla zainteresowanych polską elektroniką sprzed lat, trzy płytki, które warto poznać:

Władysław Komendarek | Dotyk chmur | GAD Records

3-komendarek

Bezkompromisowy kosmita polskiej elektroniki z bujną czupryną, w którą wmieszane są studyjne kable. Władysław Komendarek sławę zyskał jako członek artrockowej formacji Exodus. Elektroniką wypełnił kilka solowych płyt, m.in. „Dotyk chmur”, po raz pierwszy wydany w 1987 roku. Niedawno została wznowiona przez GAD Records w rozszerzonej o kilka numerów wersji. Komendarek to także autor muzyki do wielu przedstawień teatralnych i filmów. Ostatnio przygotował ilustrację muzyczną do niemieckiego klasyka, filmu „Metropolis”.

Marek Biliński | Best of the Best |Bi.Ma

3-bilinski

„Ucieczka z tropiku”, „Dom w Dolinie Mgieł” czy „Dziecko Słońca” – to niektóre klasyki, które znalazły się w tym zestawieniu przebojów Marka Bilińskiego. Zanim zaczął karierę solową, grał w zespołach Heam i Bank. Na początku lat 80. zadebiutował albumem „Ogród Króla Świtu”. Potem pisał do filmu („Przyjaciel wesołego diabła”) i telewizji („Rambit”, „Koło fortuny”). Organizował koncerty plenerowe dla kilkudziesięciu tysięcy widzów. Kilka dni temu ukazała się jego nowa płyta „Live Is Music”.

Różni artyści | Sonda 2. Muzyka z programu telewizyjnego | GAD Records

3-sonda

Druga część kolekcji z utworami wykorzystanymi w kultowym programie telewizyjnym „Sonda” zbiera dokonania polskich klasyków elektroniki. Są Mikołaj Hertel, Krzysztof Duda, Władysław Komendarek, grupy Omni i psychodeliczne SBB oraz Andrzej Korzyński solo, a także z grupą Arp Life. Wiele nagrań do tej pory nie było publikowanych. Dobra kompilacja dla osób chcących rozpocząć swoją przygodę z polską elektroniką sprzed lat.

Ballad collection

Dziś takich składanek na płytach winylowych już się nie wydaje. W latach 80 były jednak codziennością. Oto jeden z przykładów, niedawno znaleziona w sklepcie z używanym rzeczami płyta składanka „Move Closer”.

skladanka

Płyta została wydana  przez CBS Records w 1987 roku. Pierwsza informacja, która mnie zaciekawiła jeszcze przed jej przesłuchaniem to autor okładki. Otóż to doskonały polski twórca, ówczesny dyrektor artystyczny CBS Records w Londynie, Rosław Szaybo. Autor genialnych okładek dla takich wykonawców jak Judas Priest, Elton John i „Astigmatic” Krzysztofa Komedy. Miałem kiedyś okazję z nim porozmawiać i wkrótce wrócę do tego spotkania. Przyznam jednak, że akurat okładka „Move Closer” nie należy do moich ulubionych.

Tytuł płyty zaczerpnięto od nazwy piosenki nieżyjącej już amerykańskiej wokalistki Phyllis Nelson. W 1985 roku na Wyspach jej „Move Closer” była wielkim przebojem. Jest tu jednak, szczerze mówiąc, kilka ciekawszych piosenek.

skladanka1

Simply Red i ich „Holding Back The Years”, Berlin z „Take My Breath Away”, Erasure z „Sometimes”, Aretha Franklin i George Michael w „I Knew You Were Waiting” czy moja ukochana Alison Moyet z „Is This Love?”. Zaskoczył mnie kawałek amerykańskiej grupy wokalnej Isley, Jasper, Isley „Caravan Of Love”, który znałem do tej pory w późniejszym wykonaniu The Housemartins.

A wracając do Szaybo: TUTAJ możecie zobaczyć fajny dokument o nim oraz o innym znakomitym grafiku, Stanisławie Zagórskim.

Feeling znad Wisły

Kilka miesięcy temu ukazała się pierwsza część wznowienia kultowej jazzowej serii „Polish Jazz” sprzed lat. Pisałem o niej już kilka razy, m.in. TUTAJ.
Czas na kolejne płyty, równie wybitne. Serdecznie je polecam, oczywiście na winylach.

jazz

W kwietniu tego roku doczekaliśmy się wznowienia sześciu krążków z serii, m.in. kultowego „Astigmatic” Krzysztofa Komedy (1965) czy „TWET” Tomasza Stańki (1974). Teraz, na CD i płytach winylowych, ukazało się kolejnych sześć albumów „Polish Jazz”. Zremasterowanych i z obszernymi książeczkami o kulisach ich powstania. Autorem odświeżonego brzmienia jest wybitny reżyser dźwięku Jacek Gawłowski. Dla fanów polskiego jazzu to rzecz absolutnie obowiązkowa.
W zestawie znalazła się m.in. oznaczona numerem 1 w serii „Polish Jazz” (za jej nieformalny początek uważa się tzw. zerową płytę „Go Right” Andrzeja Kurylewicza) Warsaw Stompers „New Orleans Stompers”. To album wyjątkowy, bo zawiera niezwykle rzadkie w serii nagrania dixielandowe. Tych kompozycji nie powstydziłby się zapewne sam Martin Scorsese, przygotowując swój doskonały serial osadzony w złotej erze jazzu, latach 20. i 30. minionego wieku, „Zakazane imperium”. Jazz Warszawskich Stompersów, występujących też pod nazwą New Orlean Stompers i Warsaw Stompers, idealnie pasowałby do szykownych, zwariowanych tanecznych balów czasów prohibicji. Założony w 1957 roku przez perkusistę Mieczysława Wadeckiego band grał jednak do tańca, w Warszawie. Występowali m.in. w legendarnym, stylowym Sezamie na rogu Niepodległości i Dąbrowskiego, a do tego na siedmiu festiwalach Jazz Jamboree. Recenzenci ich nagrań podkreślali doskonałe swingujące brzmienie, swobodę, technikę i radosną ekspresję. Faktycznie trudno usiedzieć na miejscu, słuchając ich wyłącznie polskich nagrań, bo na tej płycie nie znalazły się w ogóle amerykańskie standardy. Kompozycje zostały zebrane z wydanych wcześniej płyt, a przewinęła się przez nie plejada wybitnych instrumentalistów znad Wisły. Chociażby trębacz Henryk Majewski, klarnecista Włodzimierz Kruszyński czy pianiści Tomasz Ochalski i Włodzimierz Gulgowski. Szesnaście nagrań Stompersów z lat 1959–64 do dziś powala witalnością, luzem i tanecznym sznytem. Wiele o ich muzyce mówią zdjęcia zespołu. Panowie w kapelusikach, kraciastych marynarkach z kwiatkami w butonierkach siedzą z instrumentami w niespecjalnie eleganckiej knajpie. Klasyka i elegancja połączone z nonszalancją i luzem.
Kolejna płyta, „Polish Jazz Quartet”, jest wyjątkowa z innego powodu. Jest zapisem nagrań kwartetu, który był jednym z pionierów nowoczesnego jazzu w Polsce w latach 60. Już jego skład robi wrażenie: Jan „Ptaszyn” Wróblewski (saksofon tenorowy), Wojciech Karolak (fortepian), Juliusz Sandecki (kontrabas), Andrzej Dąbrowski (perkusja). Oznaczona numerem 3 w cyklu „Polish Jazz” płyta „Polish Jazz Quartet” zawiera kompozycje Karolaka i Wróblewskiego. Tego wymagali wydawcy „Polish Jazz”: w repertuarze mają być polskie utwory, a nie imperialistyczne standardy. Jazzmani spisali się znakomicie, tworząc jeden z najciekawszych albumów jazzowych tamtej dekady. W oryginalnym wydaniu z 1965 roku, z doskonałą okładką Rosława Szaybo, redaktor naczelny pisma „Jazz” Józef Balcerak pisał: „Muzycy nie nastawiają się wyłącznie na popisy improwizacyjne, dążą do tego, by PJQ traktowano jako zgrany kolektyw. Kładą nacisk na stronę kompozycyjną i aranże, na to, jak się gra, a nie tylko co się gra”. Trudno o bardziej trafne określenie.
Równie ważną płytą tamtego okresu jest „The Andrzej Trzaskowski Quintet”, również wydana w 1965 roku. „Chciałbym, by mój styl pianisty improwizatora kształtował się w oparciu o zdobycze awangardowej muzyki europejskiej, a jednocześnie nie stracił swego jazzowego charakteru” – mówił o sobie w jednym z wywiadów Andrzej Trzaskowski. Ta płyta jest właśnie określana mianem jednej z największych zdobyczy awangardowej muzyki europejskiej. Złożyły się na nią chociażby trzyczęściowy „Synopsis”, pełne wyjątkowych improwizacji saksofonisty Janusza Muniaka, kontrabasisty Jacka Ostaszewskiego i Tomasza Stańki na trąbce. Bardzo ciekawa jest także wersja Trzaskowskiego folkowej starosłowiańskiej melodii w „Wariacji jazzowej na temat »Chmiela«”. To dowód na wyjątkowe umiejętności jazzmana w łączeniu różnych muzycznych estetyk.

Późniejsze o kilka lat „Live Recording” z 1971 roku to już zapis koncertu grupy Michała Urbaniaka w Filharmonii Narodowej. Na scenie towarzyszyli mu Adam Makowicz (fortepian), Paweł Jarzębski (kontrabas) i Czesław Bartkowski (perkusja). Muzycy sporo na scenie eksperymentowali. Urbaniak po raz pierwszy gra w tym składzie na skrzypcach. Makowicz z kolei gra na elektrycznych klawiszach. Wyszła z tego wciągająca efemeryda fusion, która wyciągnęła Urbaniaka na „skrzypcowe tory”.
„Question Mark” to pierwszy autorski materiał Janusza Muniaka, w momencie wydania tego albumu (1978) saksofonisty już niemal czterdziestoletniego. Wcześniej grał m.in. z Tomaszem Stańką, Krzysztofem Komedą czy Andrzejem Trzaskowskim. Sam najbardziej cenił dokonania Stana Getza. Tak jak on lubił penetrować różne rejony jazzu i miał swój język muzyczny. Gra tu bop, trochę funky, rocka, raz wybierając ciepło brzmiące ballady, innym razem ostre granie. Silnie osadzone w tradycji jazzu, a jednak pozwalające sobie na duże dawki improwizacji i poszukiwań.
Szósta płyta we wznowionym zestawie ukazała się po raz pierwszy w 1981 roku w nakładzie… 100 tys. sztuk! Drugi krążek w dyskografii Stanisława Sojki, wówczas 21-letniego wokalisty, może zadziwić tych, którzy znają go wyłącznie z „Cudu niepamięci” i „Tolerancji”. Nagrana wraz z Wojciechem Karolakiem anglojęzyczna „Blublula” jest pokazem jego soulowego feelingu i jazzowego zacięcia. Nie dziwi więc, że otworzyła mu drzwi do znakomitej kariery.

Doskonałym dodatkiem do tego zestawu będzie zapewne zupełnie nowa płyta w serii „Polish Jazz”, czyli „YES” kwintetu Zbigniewa Namysłowskiego. Ukaże się 9 września i będzie oznaczona numerem 77 w serii, a ukaże się dokładnie w dniu 77. urodzin Namysłowskiego. Grają na niej m.in. Sławek Jaskułke i syn Zbigniewa Namysłowskiego, Jacek, na puzonie. Zapowiada się kolejne jazzowe wydarzenie.

Witajcie w naszej bajce

Kolejny, póki co ostatni, bajkowy wpis na blogu. Okazją dwie płyty z mojej kolekcji z Panem Kleksem w roli głównej.

kleks4

kleks1

Bardziej rozbudowana jest „Akademia Pana Kleksa”. Znalazły się tu nie tylko słynne piosenki w stylu „Kaczka Dziwaczka”, „Leń” czy „Na Wyspach Bergamutach”. Fajnie, że wydawcy, czyli nasz Polton (1983) umieścili także książeczkę z nutami i tekstami.

kleks

Autorem muzyki jest doskonały kompozytor Andrzej Korzyński, twórca postaci Franka Kimono czy założyciel Arp Life. Pisałem już o nim TUTAJ

kleks3

Fajną rzeczą w tym wydawnictwie jest rónież to, że jak się rozłoży płytę to mamy niemal plakat z wizerunkiem Pana Kleksa, a do tego dumnym napisem: stereo.
A z drugiej strony, takie piękne kolorowe kuleczki…

kleks2

Troszkę bardziej ubogie są „Podróże Pana Kleksa” na winylu Poltonu, wydane w 1985 roku. Tutaj znalazły się genialne piosenki „Meluzyna” albo „Z poradnika młodego zielarza”.

kleks4

Okładka się już nie rozkłada, ale trzeba przyznać, że grafika też ładna.

kleks5

Płyty są niemal non stop dostępne na portalach aukcyjnych za małe pieniądze. Oj warto!

Zaczęli znów swe harce te wieśniaki

Gwałtu, rety, co się dzieje?/ Baran beczy, kogut pieje/ Pies ujada, aż mu z pyska cieknie piana/ To zaczęli znów swe harce/ Te wieśniaki/ Jacek z Plackiem” – tak zaczyna się kolejna muzyczna bajka, która zasiliła moje zbiory. Poprzednie, pisząc o „Przygodach Koziołka Matołka” zapowiadałem następną, no i jest. Oto bajka muzyczna „O dwóch takich co ukradli księżyc”.
odwoch2
Jak nie trudno się domyślić, została oparta na bajce Kornela Makuszyńskiego z lat 20 zeszłego wieku. Zanim wydano ją w 1977 roku, mogliśmy poznać losy Jacka i Placka (oczywiście poza książką) w filmie w reżyserii Jana Batorego, w którym główne role zagrali bracia Kaczyńscy (1962). Z kolei potem, czyli w latach 80, popularny był serial animowany z muzyką zespołu Lady Pank. Bajkę, którą ja mam na winylu przygotowała specjalistka jeśli chodzi o podobne projekty, Krystyna Wodnicka.
Ma na swoim koncie również podobne opracowania chociażby „Przygód Robinsona Cruzoe” czy „Przygód Piotrusia Pana”. Pani Krystyna była też aktorką teatralną (m.in. w gdańskim Wybrzeżu) i autorką przebojowych piosenek, w tym „Kasztanów”.
odwoch1
Muzykę przygotował tutaj Mieczysław Janicz, a wśród aktorów znaleźli się m.in. Stanisława Celińska czy Janusz Zakrzeński. Głos Jacka podkłada tu Maria Janecka-Wasowska (wł. Dobrzyńska). Ta sama, która podkładała głos pod Jacka (Lech Kaczyński) w filmie. Co ciekawe, pani Maria była żoną kompozytora Jerzego Wasowskiego, współtwórcy legendarnego „Kabaretu Starszych Panów” i mamą Grzegorza Wasowskiego.
Plackiem jest z kolei Danuta Mancewicz, która podobnie jak pani Maria walczyła w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie podkładała też głos pod filmowego animowanego Placka oraz m.in. Lolka w jego przygodach z Bolkiem.
Wszyscy doskonale wcielają się w swojej role, ale trudno się dziwić, skoro przychodzi im wypowiadać albo wyśpiewywać teksty tego typu:
„Nie warto było z domu wiać/Gdy zewsząd w skórę trzeba brać/ Patałach kopie, pszczoła tnie/ A w bagnie licho czyha złe./ Bo nie istnieje taki kraj/ Gdzie lubią takich jak my dwaj/Bo wszędzie plag Cię czeka sto/Gdy w sercu pustka, we łbie pstro”.
A to nie koniec bajkowych opowieści na blogu! Kolejna już wkrótce.