Chce się przytulać

„Adult entertainer and Italo-Australiano musician Donny Benét” – taki opis ma dzisiejszy bohater. Chyba najlepszy z możliwych. Oto mistrz świata Donny Benet.

Uwielbiam go od czasu, kiedy poznałem Aleksa Camerona i Jacka Laddera, innych wyjątkowych artystów z Australii. Łączy ich niepowtarzalny styl, jest retro, jest śmiesznie, czasami smutno, jest genialnie.

Alex Cameron już był w Polsce, dał genialny koncert w zeszłym roku. Kilka tygodni temu wreszcie przyjechał też Donny Benet. Koncert był wyjątkowy, na otwartej przestrzeni przy PKiN w Warszawie. Donny zagrał przede wszystkim materiał z tej płyty „The Don”.

Pięknie wydana, no i genialnie zagrana. Coś pomiędzy disco lat 70, 80, soulem, Tomem Jonesem, Marvinem Gayem i Prince’em. Do tego dochodzą genialne teledyski (polecam!) i teksty.

Oto próbka z „Working Out”: „These days, wherever I go/ People keeping in shape and getting toned/ Forget fashion and wallstreet money/ Getting physical is a new currency.
Tight pants, leather new blue jeans/ Looking good is part of the scene/ Working out”.

Na żywo Donny jest uroczym gościem, uśmiechnięty, na luzie, chętnie pogada. Chce się go przytulić!

No powiedzcie sami…

Reklamy

Dźwięki z piwnicy

Wreszcie jest kolejna okazja, żeby napisać o Duran Duran. Wspominałem wcześniej o nich przy okazji kilku wcześniejszych płyt TUTAJ i przy okazji mojego wywiadu z perkusistą zespołu Rogerem Taylorem TUTAJ.

 

Ostatnio do mojej kolekcji wpadł singiel, który został nagrany w piwnicy wytwórni EMI w Londynie w 1982 roku. Potem znalazł się na albumie „Rio”.

Oto Duran Duran i ich „Hungry Like The Wolf”.

To był wielki sukces zespołu, także w Stanach, za co w części odpowiada teledysk wałkowany przez MTV. Duran Duran nagrali go podczas podróży na Sri Lankę (zrealizowali tam jeszcze przy okazji klipy do „Lonely in Your Nightmare” i „Save a Prayer”). DD dostali za wideo Grammy. Jego reżyserem jest Russell Mulcahy, twórca klipów m.in. Queen, ale też filmów, na przykład „Nieśmiertelnego”.

 

W nagraniu użyto m.in. kultowych instrumentów Roland 808 i Roland Jupiter 8.

W wywiadzie z 2012 roku John Taylor powiedział, że kawałek nagrali właściwie w jeden dzień: „It was a Saturday afternoon, we were in EMI’s demo studio, a studio they had up in Manchester Square HQ, and I think Nick [Rhodes] and Andy [Taylor] were kind of messing around. Andy had the riff, Nick developed this sequence, Simon had a thing, Roger [Taylor] came in and played ’cause he’d just bought some Simmons drums, so that was where he got those big fills from. I came in, and they’d been working for maybe two hours, and I just knew exactly what to play. The song was probably written by cocktail hour”.

Na stronie B singla znalazła się koncertowa wersja „Careless Memories” nagrana podczas koncertu DD w 1981 roku w Londynie.

To też genialny kawałek. Choć klip jednak, mówiąc delikatnie, gorszy.

 

Koncert na ponad 30 fajerwerków

„Po prostu mieliśmy siebie dość. Trasa koncertowa z 1998 r. zniszczyła moje i Geoffa małżeństwo. Musieliśmy od siebie odpocząć. Nie było możliwości, żebyśmy ciągnęli współpracę w tamtym czasie. Nie chodziło o to, że już nigdy nie chcieliśmy pracować, nie chcieliśmy pracować wtedy. I tak mijał rok za rokiem, a my byliśmy zajęci innymi projektami” – tłumaczył mi w wywiadzie przez wydaniem trzeciej płyty zespołu Portishead – „Third” – Adrian Utley.

Nie było okazji porozmawiać wtedy o albumie, który znalazł się w mojej kolekcji po wizycie w bardzo fajnym warszawskim miejscu z książkami i płytami Pardon To Tu. Ten album to „Roseland NYC Live”.

To zapis koncertu z nowojorskiego Roseland Ballroom, miejsca, w którym swoje występy rejestrowali m.in. Lady Gaga, Beyonce, AC/DC.

Jak widać Portishead zagrali koncert w towarzystwie orkiestry. Na samym krążku, wydanym w 1998 roku znalazło się 11 kawałków z ich poprzednich dwóch płyt, „Dummy” i „Portishead”.

Mnie szczególnie wzruszają niesamowite „Roads” i „Sour Times”. Ale każdy kawałek jest tu mocny.

Reżyserem tego koncertu jest pan o ciekawym imieniu Dick Carruthers, który zrealizował filmy dla m.in. Led Zeppelin i Black Sabbath.

To absolutnie genialny album!

To prezydent Gerald Ford

To jedna z lepszych scen w filmie „Gliniarz z Beverly Hills II”. Eddie Murphy jako Axel Foley, wraz ze swoimi kolegami policjantami – Billym Rosewoodem i Johnem Taggartem – wchodzą do knajpy ze striptizem. Murphy przedstawia Johna panu na bramce – „to prezydent Gerald Ford”. Dlaczego o tym piszę? Bo w tle leci ten kawałek.

Chodzi o pierwszy singiel „I Want Your Sex” z debiutanckiej solowej płyty Michaela „Faith”. Singiel ukazał się w 1987 roku. W samych Stanach sprzedał się w milionie egzemplarzy.

Na tym 7 calowym singlu znalazły się wersje „Lust” i „Brass In Love”.

Na singlu znalazła się ładna dedykacja: „This record is dedicated to my hopeless conquest”.

Piosenka wzbudziła spore kontrowersje. W Stanach nie chciało jej puszczać kilka stacji, a BBC emitowało ją po 21.

Autorem piosenki jest sam Michael. Do nagrania użyto m.in. kultowych klawiszy Roland Juno-106 i Yamaha DX7.

To jeszcze wspomniany na początku fragment „Gliniarza z Beverly Hills II”:

Too sexy

„Too sexy for my cat/ Too sexy for my cat/ Poor pussy/ Poor pussy cat/ I’m too sexy for my love/ Too sexy for my love/ Love’s going to leave me/ And I’m too sexy for this song” – kuriozalnie-genialny tekst, czyli kwintesencja sztuki braci Fairbrassów. Ostatnio moja kolekcja powiększyła się o pierwszy album ich zespołu Right Said Fred, „Up”.
Bracia Fred i Richard założyli go 30 lat temu w Londynie. Kiedy wydawali ten album w 1992 roku na gitarze grał już z nimi Rob Manzoli. A wcześniej, bracia Fairbrass grali w grupie The Actors, która supportowała m.in. Joy Division.
Zespół wziął swoją nazwę z piosenki z lat 60. Ten album „Up” to w zasadzie ich jedyny sukces. Największy osiągnęli na Wyspach, lądując na szczytach przebojów. Pomógł w tym szczególnie singiel „I’m Too Sexy”.
Ale na tej płycie znajdują się też inne, naprawdę ciekawe numery z klawiszami, smyczkami, trąbką albo saksofonem.
Jeszcze zwrócę uwagę na fotografa zespołu, Juliana Bartona. Ten robił też zdjęcia m.in. takim gwiazdom jak Martika, Marc Almond, Alison Moyet i No Mercy.
Żeby było śmieszniej, panowie wciąż grają koncerty. Na ich stronie rozpiska: rightsaidfred.com
To jeszcze genialna scenka z mistrzowskiego serialu „Life’s Too Short” z udziałem braci z Right Side Fred, perełka:

Od Piaf i musicalu

Było już tu krótko o boskiej Grace Jones. To za sprawą genialnej płyty „Nightclubbing”, o której pisałem TUTAJ.

Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nie napisałem o innej jej płycie w mojej kolekcji.

Oto singiel „La Vie En Rose” z jej debiutanckiego krążka „Portfolio” z 1977 roku. Tak, tak, to piosenka Edith Piaf z lat 40. Zresztą w tej wersji mam ją na takiej płycie TUTAJ.

Ale wracając do Grace. Na singlu znalazł się także utwór „Tomorrow”. To z kolei standard z musicalu „Annie”. Grace Jones nagrała go w wersji disco.

Wracając do „La Vie En Rose”. Powstał do niej genialny klip, a sama Jones mówiła, że zawsze śpiewając ten numer płacze.

Zdaje się, że właśnie od tej piosenki zaczęła się kariera boskiej Grace.

No i ten drapieżny styl okładki, cała Jones…

Fuck art let’s dance

Czas nadrobić kolejne zaległości w singlach. Bardzo często znajduję je w antykwariatach po 5, 10 zł i to są naprawdę super strzały. Na przykład dwa takie single z początku lat 80.

Najpierw Bronski Beat i  ich „Why?”.

To singiel z 1984 roku, jeden z ich największych hitów, uważany dziś za jeden z hymnów środowiska LGBT. Piosenka znalazła się na płycie „The Age of Consent”. Słowa napisał – i sam je wyśpiewał – Jimmy Somerville. To pokaz jego możliwości wokalnych, szczególnie w finale „Why?”. Z drugiej strony singla znalazł się mniej popularny numer „Cadillac Car”.

Ciekawą postacią jest autor rysunku na okładce, to szkocki artysta Robert McAulay, o którym więcej możecie przeczytać TUTAJ.

Producentem tego singla jest Mike Thorne. I tu dochodzę do drugiego singla, który się z tym pierwszym trochę łączy. Pan Mike współpracował również z Soft Cell. I to m.in. przy tym singlu.

„Bedsitter” to numer napisany i wydany przez Davida Balla i Marca Almonda w 1981 roku. W tamtym czasie zawładnął klubową sceną Londynu. Idealnie wpasował się w popularny wtedy slogan „Fuck art let’s dance”. Chociaż tekst i klip pokazują, że panowie podchodzili do tego z troską.

Z drugiej strony singla znalazł się numer „Facility Girls”.

Autorem okładkowego zdjęcia, kwintesencji cudownej, choć przedziwnej sztuki lat 80, jest artysta Peter Ashworth. TUTAJ więcej jego fajnych prac.

Przebój 1987

Pisałem już kilka razy o jednym z moich ulubionych zespołów, Pet Shop Boys. Przy okazji singli TUTAJ, albo płyt TUTAJ i TUTAJ.

   

Czas na kolejny singiel, przebój roku 1987, „It’s a Sin”.

Na tym krążku numer znalazł się w wersji tradycyjnej oraz ponad siedmiominutowej „Disco Mix”. Ta druga faktycznie jest trochę bardziej taneczna, rozbudowana. Za remiks, obok zespołu, odpowiada Stephen Hague. Amerykanin ma na koncie współpracę również z OMD, New Order czy Erasure.

Ciekawe, że Pet Shop Boys zostali posądzeni o plagiat, jeśli chodzi o „It’s a Sin”. Wygrali.

Neil Tennant powiedział o niej: „It’s about being brought up as a Catholic. When I went to school you were taught that everything was a sin”.

Muszę tu przytoczyć doskonały klip Dereka Jarmana, twórcy teledysków dla Bryana Ferry’ego czy Patti Smith. Neil Tennant, Chris Lowe, inkwizycja…

Zdjęcie okładkowe zrobił im Eric Watson. Nieżyjący już fotograf, który pracował m.in. z OMD i Madness. Dla PSB zrobił też kilka klipów. Pytanie, czy na zdjęciu jest jakiś pokojów jednego z panów?

Trzęsienie na listach

Nie miał szczęścia ten kawałek. Najpierw, czyli w 1971 roku, nagrała go amerykańska wokalistka Carole King. Miał przynieść jej sławę, ale to inny singiel, wolniejsze „Its Too Late” stało się jej większym hitem. W 1988 roku numer „I Feel The Earth Move” nagrała Martika Marrero.

To był trzeci singiel z jej debiutu „Martika”. Nie przebił sukcesu „Toy Soldier”, ale też znalazł się na listach przebojów.

A Martika zanim nagrała solową płytę występowała w takim show.

Dlaczego napisałem, że numer nie miał szczęścia? Bo tuż po jego wypuszczeniu San Francisco nawiedziło tragiczne trzęsienie ziemi. A już sam tytuł nie był specjalnie trafny w tej sytuacji.

Obok dynamicznego „I Feel The Earth Move” znalazł się tu również finałowy numer z albumu „Martika”, „Alibis”. Ejtisowy numer z solo saksofonu. Współautorką jest Martika.

Ciekawa jest tu jeszcze postać fotografa odpowiedzialnego za zdjęcie okładkowe Martiki. To włoski fotograf Alberto Tolot, który fotografował wiele gwiazd, m.in. Madonnę i Kim Basinger. TUTAJ więcej o nim.

Swoją drogą, ten singiel powinien pasować na sylwestrowym parkiecie. Ja kupiłem go za 5 zł w jednym z warszawskich antykwariatów.

Żigolak i Debbie

Pisałem już TUTAJ o Blondie, znaczy Debbie Harry za sprawą tej znakomitej płyty…

Pisałem też o Giorgio Moroderze TUTAJ. Czas ponownie połączyć te dwie wyjątkowe postaci. Oto Blondie w dwóch wersjach.

Najpierw genialny numer otwierający genialny film „Amerykański żigolak” z Richardem Gere. Zresztą aktor jest też na okładce płyty. Kompozycję napisał Giorgio Moroder właśnie. Tutaj na singlu z 1980 roku w dwóch wersjach: klasycznej i instrumentalnej.

A początek filmu, w którym numer został wykorzystany to samo złoto, kwintesencja lat 80. Ciekawe, że Moroder chciał na początku zatrudnić do numeru Steve Nicks z Fleetwood Mac. Chyba dobrze, że tak się nie stało.

I jeszcze jeden singiel z kolejnymi przebojami Blondie. Znalazły się tu wcześniejsze dwa przeboje Debbie, „Atomic” oraz „Die Young Stay Pretty” – prawda, że genialny tytuł.

Jak się domyślacie to nie jest oryginalna okładka. Ta niestety gdzieś zaginęła. Widać za to, że płytę wydał polski Tonpress.

Oba single można bez większego problemu kupić w sieci.

To na koniec jeszcze boska wersja „Call Me” z „Muppetów”: