Jacko – ideał 80s

Pisałem już o albumie „Bad” Michaela Jacksona TUTAJ. To jednak inny krążek jest moim ulubionym. Oto „Thriller” z 1982 roku.

Jackson planując ten album myślał o największym wydarzeniu w historii muzyki. Był już gwiazdą, ale to „Thriller” wyniósł go na szczyt, chyba niezdobyty ani wcześniej, ani później przez nikogo.

Jacko chciał, żeby jak w „Dziadku do orzechów” Czajkowskiego, każdy numer był tu „killerem” (stąd tytuł płyty). Muzykom Toto, którzy brali udział w nagraniu mówił, żeby grając wczuli się w rolę Michała Anioła malującego Kaplicę Sykstyńską. „Billie Jean” było miksowane 91 razy. W numerze „Beat It” solówę zagrał Eddie Van Halen. Klip do tytułowej piosenki kosztował pół miliona dolarów. Jeden kawałek Michael nagrał z Beatlesesm, Paulem McCartneyem. Te fakty, chyba mówią same za siebie. Moim zdaniem, to jedno z największych muzycznych wydarzeń w ogóle.

Ile tu jest doskonałych numerów! Siedem z nich było singlami. Zresztą na okładce mojego egzemplarza widnieje naklejka z tytułami trzech z nich. No i ta rozkładówka, foto, kwintesencja przepychu lat 80. Boski Jacko z w białej marynarce z tygryskiem.

Autorem zdjęcia jest Dick Zimmerman, gość, który zrobił fotki setek gwiazd. TUTAJ część z nich. Podobno ten biały garnitur należał do fotografa.

Genialna płyta i do kupienia za 30 zł. Tyle zapłaciłem za swoją podczas jednej z winylowych garażówek.

Reklamy

Żigolak i Debbie

Pisałem już TUTAJ o Blondie, znaczy Debbie Harry za sprawą tej znakomitej płyty…

Pisałem też o Giorgio Moroderze TUTAJ. Czas ponownie połączyć te dwie wyjątkowe postaci. Oto Blondie w dwóch wersjach.

Najpierw genialny numer otwierający genialny film „Amerykański żigolak” z Richardem Gere. Zresztą aktor jest też na okładce płyty. Kompozycję napisał Giorgio Moroder właśnie. Tutaj na singlu z 1980 roku w dwóch wersjach: klasycznej i instrumentalnej.

A początek filmu, w którym numer został wykorzystany to samo złoto, kwintesencja lat 80. Ciekawe, że Moroder chciał na początku zatrudnić do numeru Steve Nicks z Fleetwood Mac. Chyba dobrze, że tak się nie stało.

I jeszcze jeden singiel z kolejnymi przebojami Blondie. Znalazły się tu wcześniejsze dwa przeboje Debbie, „Atomic” oraz „Die Young Stay Pretty” – prawda, że genialny tytuł.

Jak się domyślacie to nie jest oryginalna okładka. Ta niestety gdzieś zaginęła. Widać za to, że płytę wydał polski Tonpress.

Oba single można bez większego problemu kupić w sieci.

To na koniec jeszcze boska wersja „Call Me” z „Muppetów”:

USA Disco

Nie wiem dlaczego taki napis umieścił wydawca na tej płycie. Chociaż właściwie wiem, „USA Disco” znaczy super, disco do zabawy 🙂 Fakt jest taki, że Karen Cheryl zrobiła karierę przede wszystkim we Francji. Przypadkowo trafiłem na jej singiel w jednym z warszawskich antykwariatów.

Tak naprawdę to nie Karen Cheryl, tylko Isabelle Morizet, znana później jako Carene Cheryl, a wreszcie Karen. Największą karierę zrobiła na przełomie lat 70. i 80., m.in. właśnie dzięki singlom na tej płycie. Potem udzielała się w tv, w radio.

Krążek został wydany we Francji w 1979 roku. Są tu dwa genialne przeboje Karen: „Stone Man” oraz „Show Me You’re Man Enough”. W disco-funkowo-soulowym stylu. Karen wygląda na zdjęciach niepozornie, ale potrafi śpiewać, no i się ruszać. Dowód na końcu wpisu.

Okładki pokazują jakby dwie osobowości wokalistki, która sprzedała ponad 10 milionów płyt. Niby ostra, dyskotekowa kontra delikatna lolita. Chyba taki był zamysł graficzny. Fakt jest taki, że jej klipy są wyjątkowe. No zobaczcie ten, nakręcony chyba w jakiejś jednostce wojskowej. I ta lufa na końcu…

Pali się u Tadka!

Pisałem już kilka razy o genialnych bajkach, czy raczej słuchowiskach na winylach, które mam w kolekcji. „O dwóch takich co ukradli księżyc” pisałem TUTAJ, a o „Zwierzętach i zbójcach” oraz „Latającym kufrze” TUTAJ.

Ostatnio zakupiłem dwa kolejne genialne przykłady bajek sprzed lat.

Kojarzycie tekst, w którym padają m.in. takie słowa?

„Rzadko bywają strażacy tacy, Tacy strażacy – to są strażacy” – to oczywiście „Pali się” Jana Brzechwy.

To, co robi tu Jan Kobuszewski to jest mistrzostwo świata. Choć niektóre dzieci mogą się pewnie przestraszyć jego przerażającej interpretacji. Mało jest dodatkowych dźwięków (pojawia się przelatująca mucha, jakiś wiatr), głównie mistrz Kobuszewski.

Za reżyserię tego mini słuchowiska odpowiada nagrodzona za twórczość artystyczną dla dzieci Stanisława Grotowska. Za opracowanie muzyczne Jerzy Kordowicz, znany popularyzator muzyki elektronicznej w Polskim Radiu, prowadził m.in. audycje „Studio el-muzyki” i „Top tlen”.

Płytę wydał Tonpress w 1978 roku, a projekt graficzny przygotowała Danuta Cesarska, autorka wielu okładek. Ta jest naprawdę niezła.

Chociaż jeszcze lepsza jest ta. Oto „O Tadku-Niejadku, babci i dziadku” Wandy Chotomskiej.

To wydanie z 1972 roku wypuszczone na rynek przez Muzę. Niestety nie ma tutaj nazwiska autora czy autorki okładki. A co na samej płycie? To już dużo większe bajkowe przedsięwzięcie niż wspomniany wyczyn Kobuszewskiego. Występuje tu cały zespół instrumentalny odpowiedzialnego za muzykę Mieczysława Janicza, autor m.in. muzyki do wielu filmów animowanych.

Za reżyserię odpowiada Wiesław Opałek, a wystąpili m.in. Zofia Raciborska (była panią Zosią w „Jacku i Agatce”), Tadeusz Bartosik (wystąpił w filmie „Zezowate szczęście” i serialu „Stawka większa niż życie”, aktor i piosenkarz Bogdan Niewinowski oraz sama Irena Kwiatkowska. Wyszła z tego świetna opowieść dźwiękowa.

Muza poleca też inne płyty dla dzieci (widać na zdjęciu) i na pewno się za nimi rozejrzę. A na deser Bogdan Niewinowski:

Z kaplicy na okładkę

O Holy Johnsonie i jego trupie pisałem wiele razy, bo mam kilka ich płyt, no i to dla mnie jeden z najważniejszych zespołów. Poczytacie m.in. TUTAJ.

Czas na kolejny wpis, bo do mojej kolekcji wpadł nowy singiel. Nowy, jak nowy, z 1984 roku. Oto „Power Of Love” na 7″ z dopiskiem „Make love your goal”.

Numer wylądował na pierwszy miejscu na Wyspach. Wcześniejszy singiel Frankie Goes To Hollywood – „Relax” – był o seksie, potem „Two Tribes” o polityce, a ten o religii. Zresztą zdradza to już okładka. To fragment renesansowego obrazu Tycjana. Jak zwykle, w przypadku FGTH, na okładce nie brakuje super dopisków.

Do tego, ten genialny niby witraż na samej płycie.

To bardzo ważna piosenka dla Johnsona. Powiedział o niej: „I always felt like The Power of Love was the record that would save me in this life,” Holly Johnson once said. „There is a Biblical aspect to its spirituality and passion; the fact that love is the only thing that matters in the end.” 

Z drugiej strony singla znalazło się „The World Is My Oyster”. Zdaje się, że to stwierdzenie pochodzi z Szekspira…

Ja kupiłem płytę w jednym z warszawskich antykwariatów. Bez problemu można ją znaleźć na portalach aukcyjnych.

Król Jacek Biały

Co to był za koncert! Wiele relacji zaczyna się od przypomnienia, że widzowie tuż przed nim schowali telefony w specjalnych futerałach. Wyobrażacie sobie dziś koncert, którego nie oglądacie przez pryzmat ekranu telefonu osoby stojącej przed wami albo nie wrzucacie z niego na bieżąco zdjęć na portale społecznościowe? Taki właśnie był wczorajszy koncert Jacka White’a w Warszawie. Zresztą tak, jak jego dwa wcześniejszego występy w Polsce i taki będzie dzisiejszy, w Krakowie.

Mam w kolekcji niestety tylko jeden winyl Jacka, ale za to genialny. Pisałem o nim TUTAJ.

Na koncercie zagrał fragmenty z tej płyty, ale też z najnowszej „Boarding House Reach” oraz kilku swoich projektów, m.in. The White Stripes. Zdarzył się też wyjątkowy moment. Na scenę wyszła bowiem mama White’a, która obchodziła tego dnia 88 urodziny i publiczność zaśpiewała jej sto lat. Warto dodać, że mama ma polskie korzenie.

Sam koncerty był absolutnie wyjątkowy i to nie tylko przez fakt braku telefonów. To był w 100% pokaz amerykańskiej muzyki z odwołaniami do klasycznego country, bluesa, rocka, ale też dodatkiem świetnej elektroniki. Znakomici muzycy i w samym środku szalejący przy mikrofonie, z gitarą i przy fortepianie Jack. Niekoniecznie łatwy dla wszystkich, ale absolutnie muzycznie powalający. Niektóre numery z płyt lekko zmienione, do tego klasyki. Na przykład kilka wersów tej bluesowej ballady sprzed lat, którą zaśpiewał w towarzystwie gitary akustycznej. Na pewno znacie ją też z innej wersji…

Genialny koncert! Pokazujący, że warto schować telefon i przeżyć występ, na który się przyszło.

Terapia

Wreszcie! Mam pierwszy album jednego z moich ulubionych zespołów, Tears For Fears. Pisałem już o ich winylu „Songs From The Big Chair” TUTAJ.

Teraz czas na wydany w 1983 roku „The Hurting”. Ten album pokazuje, że Rolandowi Orzabalowi i Curtowi Smithowi chodziło o coś więcej niż granie miłego synthpopu. Choć w jednym z wywiadów, Roland powiedział: „We wanted to get rich, get famous and get [primal] therapy”. Chodziło o terapię po trudnym dzieciństwie.

Faktycznie kilka kawałków ma, pisząc delikatnie, mało zabawne teksty. A są tu numery genialne. Nie tylko te najbardziej znane „Mad World”, „Pale Shelter” czy mój ulubiony, chyba w całej ich dyskografii „Change”. Genialny jest mroczny „Memories Fade” z saksofonem Mela Collinsa z King Crimson. Albo finałowe „Start Of The Breakdown”.

Wiele o tym, jak ważną terapią dla panów z Tears For Fears był ten album mówi zdjęcie na samej płycie. Ten kucający chłopiec, który chowa głowę między rękoma. Zresztą ten chłopias znalazł się również na ich koszulkach.

Curt mówił, że to dla niego najważniejszy album. Dla mnie to też najważniejsza płyta Tears For Fears i w ogóle jedna z najważniejszych. Cały wywiad z Curtem przeczytacie TUTAJ.

Tears For Fears mieli w tym roku zagrać trasę na Wyspach. Marzyłem, żeby zobaczyć ich na  żywo. Póki co, z powodów zdrowotnych, przełożyli ją na przyszły rok…

Korgi, Rolandy i inne Yamahy

Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nie napisałem o tej płycie. A mam ją w kolekcji od lat. Czas to nadrobić. Oto Human League i „Dare!”.

Chyba największe osiągnięcie lidera Philipa Oakeya. To trzeci krążek Human League, pierwszy nagrany po odejściu panów Martyna Ware i Iana Craiga Marsha (założyli Heaven 17). Zamiast nich, skład uzupełniły panie wokalistki i tancerki. I wyszła z tego chyba najlepsza, a na pewno płyta, która odniosła największy komercyjny sukces. Wylądowała na 1 miejscu w UK i 3 w USA.

Oczywiście największy hit to „Don’t You Want Me„. Doskonały klip zrealizował irlandzki reżyser Steve Barron, który ma na koncie także klipy dla A-ha („Take On Me”) i Michaela Jacksona („Billie Jean”). Zrealizował również kilka filmów, m.in. „Stożkogłowych” i „Wojownicze Żółwie Ninja”.

Ale oprócz tego kawałka jest kilka innych doskonałych, jak „Seconds”, czy „Darkness”. We wszystkich rządzą klasyczne syntezatory Korga, Rolanda, Yamahy i Casio. No i wokal Oakeya. Ciekawe, że wykaz instrumentów użytych w studio znalazł się na okładce.

Warto też poświęcić zdanie okładce. Zamysł był taki, żeby przypominała gazetę „Vogue”. Z kolei nowa członkini Human League tak tłumaczyła fakt zbliżonych zdjęć: „we wanted people to still be able to buy the album in five years, we thought that hair styles would be the first thing to date. We had no idea people would still be buying it 25 years later.” 

A zdjęcia wykonał znany brytyjski fotograf gwiazd i modelek, Brian Aris. Fotografował m.in. Davida Bowiego, Duran Duran, The Clash czy The Police. Więcej o nim przeczytacie TUTAJ.

Chcecie zacząć swoją przygodę z synthpopem. „Dare!” jest idealnym wyborem.

O Monroe…i Elli

Nie wiem jakim cudem tak późno piszę o tej płycie. Jestem fanem Marilyn Monroe od lat. Mam wiele książek na jej temat, oglądam jej filmy, ale niestety mam tylko jedną płytę, na której pokazuje swoje umiejętności wokalne.

Umówmy się, te nie były wybitne, ale charyzma MM dodawała jej wykonaniom jakiejś niewyjaśnionej doskonałości. Płyta „Greatest Hits” wydana w Belgii, myślę, że w latach 80, zgodnie z tytułem zbiera klasyki. Są tu „Diamonds Are A Girl’s Best Friend”, My Heart Belongs To Daddy” czy „Bye, Bye, Baby”.

Niestety nie ma informacji o towarzyszącej jej orkiestrze, a ta jest znakomita. Dlatego zamiast rozpisywać się o orkiestrze, o której nic nie wiem 🙂 poruszę pewien wątek. Chodzi o wzajemny szacunek i miłość Monroe do Elli Fitzgerald. Znalazłem bardzo ciekawy artykuł o relacji dwóch pań. Monroe uwielbiała Ellę. Sama Ella przyznała, że dużo zawdzięcza Marilyn.

W latach 50. marzeniem każdego muzyka były występy w słynnym lokalu w Hollywood, Mocambo. Śpiewał tam m.in. Frank Sinatra. Fitzgerald nie miała takich szans ze względu na kolor skóry. Ale Monroe wstawiła się za nią i załatwiła jej występy u właściciela klubu. Podczas występu Elli Monroe siadała w pierwszym rzędzie. Fitzgerald wspomina to tak:

“I owe Marilyn Monroe a real debt … she personally called the owner of the Mocambo, and told him she wanted me booked immediately, and if he would do it, she would take a front table every night. She told him – and it was true, due to Marilyn’s superstar status – that the press would go wild”.
“The owner said yes, and Marilyn was there, front table, every night. The press went overboard. After that, I never had to play a small jazz club again. She was an unusual woman – a little ahead of her times. And she didn’t know it.”
Więcej o tej ciekawej historii przeczytacie TUTAJ.

Pewne jest, że muszę nadrobić płytowe zaległości jeśli chodzi o twórczość zarówno Monroe, jak i Elli.

Jak u Hitchcocka

Po oszałamiającym sukcesie płyt „Rio” i „Seven And The Ragged Tiger” oraz wyczerpującej światowej trasie „fab five”, jak nazywano Duran Duran, postanowili zrobić sobie przerwę. A tak naprawdę walczyli o przetrwanie. Z tego trudnego czasu pozostała im znakomita płyta. Oto „Notorious” Duran Duran.

W połowie lat 80. mistrzowie new wave podzielili się. Andy i John Taylorowie wraz z m.in. Robertem Palmerem powołali do życia supergrupę The Power Station. Z kolei Simon Le Bon, Roger Taylor oraz Nick Rhodes wydali album podpisując go jako Arcadia. Wtedy na szczęście spotkali legendę funku Nile’a Rodgersa z Chic.

„I think I was the glue that held that together. I used to say to the guys, ‘People don’t realize how great you are because you’re still like this boy band and the girls are still talking about your looks. And the music becomes sort of an added bonus. Now it’s time to go in the direction where you can become more like a U2 that’s really classic and solid artistically. You gotta build that foundation and let’s take the fans along with us.’ And that’s what the Notorious album was supposed to do” – powiedział w wywiadzie w 2011 roku Rodgers. To właśnie dzięki niemu kapela znalazła nowy sposób na siebie. Zamiast okupować się w stylistyce new romantic, poszli w ambitniejszy, bardziej funkowy i przypominający lata 70. klimat.

To tytułowy numer „Notorious” (nazwa od filmu Alfreda Hitchocka) zdobył największą sławę. Zresztą w fajnym klipie można zobaczyć supermodelkę Christy Turlington, która znalazła się również na zdjęciu na płycie. O tu:

Ale są tu także inne, genialne numery, jak „Skin Trade” czy „Meet El Presidente”. Doskonały, mniej mechaniczny, a bardziej organiczny album.

To wydanie wypuścił bułgarski Balkanton. Bez problemu można je znaleźć w internecie i antykwariatach.

A jak chcecie poczytać więcej o Duran Duran, na przykład mój wywiad z Rogerem Taylorem przy okazji wydania płyty „Paper Gods” to polecam TUTAJ. Na niej też zagrał Nile Rodgers.