Terapia

Wreszcie! Mam pierwszy album jednego z moich ulubionych zespołów, Tears For Fears. Pisałem już o ich winylu „Songs From The Big Chair” TUTAJ.

Teraz czas na wydany w 1983 roku „The Hurting”. Ten album pokazuje, że Rolandowi Orzabalowi i Curtowi Smithowi chodziło o coś więcej niż granie miłego synthpopu. Choć w jednym z wywiadów, Roland powiedział: „We wanted to get rich, get famous and get [primal] therapy”. Chodziło o terapię po trudnym dzieciństwie.

Faktycznie kilka kawałków ma, pisząc delikatnie, mało zabawne teksty. A są tu numery genialne. Nie tylko te najbardziej znane „Mad World”, „Pale Shelter” czy mój ulubiony, chyba w całej ich dyskografii „Change”. Genialny jest mroczny „Memories Fade” z saksofonem Mela Collinsa z King Crimson. Albo finałowe „Start Of The Breakdown”.

Wiele o tym, jak ważną terapią dla panów z Tears For Fears był ten album mówi zdjęcie na samej płycie. Ten kucający chłopiec, który chowa głowę między rękoma. Zresztą ten chłopias znalazł się również na ich koszulkach.

Curt mówił, że to dla niego najważniejszy album. Dla mnie to też najważniejsza płyta Tears For Fears i w ogóle jedna z najważniejszych. Cały wywiad z Curtem przeczytacie TUTAJ.

Tears For Fears mieli w tym roku zagrać trasę na Wyspach. Marzyłem, żeby zobaczyć ich na  żywo. Póki co, z powodów zdrowotnych, przełożyli ją na przyszły rok…

Reklamy

Korgi, Rolandy i inne Yamahy

Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nie napisałem o tej płycie. A mam ją w kolekcji od lat. Czas to nadrobić. Oto Human League i „Dare!”.

Chyba największe osiągnięcie lidera Philipa Oakeya. To trzeci krążek Human League, pierwszy nagrany po odejściu panów Martyna Ware i Iana Craiga Marsha (założyli Heaven 17). Zamiast nich, skład uzupełniły panie wokalistki i tancerki. I wyszła z tego chyba najlepsza, a na pewno płyta, która odniosła największy komercyjny sukces. Wylądowała na 1 miejscu w UK i 3 w USA.

Oczywiście największy hit to „Don’t You Want Me„. Doskonały klip zrealizował irlandzki reżyser Steve Barron, który ma na koncie także klipy dla A-ha („Take On Me”) i Michaela Jacksona („Billie Jean”). Zrealizował również kilka filmów, m.in. „Stożkogłowych” i „Wojownicze Żółwie Ninja”.

Ale oprócz tego kawałka jest kilka innych doskonałych, jak „Seconds”, czy „Darkness”. We wszystkich rządzą klasyczne syntezatory Korga, Rolanda, Yamahy i Casio. No i wokal Oakeya. Ciekawe, że wykaz instrumentów użytych w studio znalazł się na okładce.

Warto też poświęcić zdanie okładce. Zamysł był taki, żeby przypominała gazetę „Vogue”. Z kolei nowa członkini Human League tak tłumaczyła fakt zbliżonych zdjęć: „we wanted people to still be able to buy the album in five years, we thought that hair styles would be the first thing to date. We had no idea people would still be buying it 25 years later.” 

A zdjęcia wykonał znany brytyjski fotograf gwiazd i modelek, Brian Aris. Fotografował m.in. Davida Bowiego, Duran Duran, The Clash czy The Police. Więcej o nim przeczytacie TUTAJ.

Chcecie zacząć swoją przygodę z synthpopem. „Dare!” jest idealnym wyborem.

O Monroe…i Elli

Nie wiem jakim cudem tak późno piszę o tej płycie. Jestem fanem Marilyn Monroe od lat. Mam wiele książek na jej temat, oglądam jej filmy, ale niestety mam tylko jedną płytę, na której pokazuje swoje umiejętności wokalne.

Umówmy się, te nie były wybitne, ale charyzma MM dodawała jej wykonaniom jakiejś niewyjaśnionej doskonałości. Płyta „Greatest Hits” wydana w Belgii, myślę, że w latach 80, zgodnie z tytułem zbiera klasyki. Są tu „Diamonds Are A Girl’s Best Friend”, My Heart Belongs To Daddy” czy „Bye, Bye, Baby”.

Niestety nie ma informacji o towarzyszącej jej orkiestrze, a ta jest znakomita. Dlatego zamiast rozpisywać się o orkiestrze, o której nic nie wiem 🙂 poruszę pewien wątek. Chodzi o wzajemny szacunek i miłość Monroe do Elli Fitzgerald. Znalazłem bardzo ciekawy artykuł o relacji dwóch pań. Monroe uwielbiała Ellę. Sama Ella przyznała, że dużo zawdzięcza Marilyn.

W latach 50. marzeniem każdego muzyka były występy w słynnym lokalu w Hollywood, Mocambo. Śpiewał tam m.in. Frank Sinatra. Fitzgerald nie miała takich szans ze względu na kolor skóry. Ale Monroe wstawiła się za nią i załatwiła jej występy u właściciela klubu. Podczas występu Elli Monroe siadała w pierwszym rzędzie. Fitzgerald wspomina to tak:

“I owe Marilyn Monroe a real debt … she personally called the owner of the Mocambo, and told him she wanted me booked immediately, and if he would do it, she would take a front table every night. She told him – and it was true, due to Marilyn’s superstar status – that the press would go wild”.
“The owner said yes, and Marilyn was there, front table, every night. The press went overboard. After that, I never had to play a small jazz club again. She was an unusual woman – a little ahead of her times. And she didn’t know it.”
Więcej o tej ciekawej historii przeczytacie TUTAJ.

Pewne jest, że muszę nadrobić płytowe zaległości jeśli chodzi o twórczość zarówno Monroe, jak i Elli.

Jak u Hitchcocka

Po oszałamiającym sukcesie płyt „Rio” i „Seven And The Ragged Tiger” oraz wyczerpującej światowej trasie „fab five”, jak nazywano Duran Duran, postanowili zrobić sobie przerwę. A tak naprawdę walczyli o przetrwanie. Z tego trudnego czasu pozostała im znakomita płyta. Oto „Notorious” Duran Duran.

W połowie lat 80. mistrzowie new wave podzielili się. Andy i John Taylorowie wraz z m.in. Robertem Palmerem powołali do życia supergrupę The Power Station. Z kolei Simon Le Bon, Roger Taylor oraz Nick Rhodes wydali album podpisując go jako Arcadia. Wtedy na szczęście spotkali legendę funku Nile’a Rodgersa z Chic.

„I think I was the glue that held that together. I used to say to the guys, ‘People don’t realize how great you are because you’re still like this boy band and the girls are still talking about your looks. And the music becomes sort of an added bonus. Now it’s time to go in the direction where you can become more like a U2 that’s really classic and solid artistically. You gotta build that foundation and let’s take the fans along with us.’ And that’s what the Notorious album was supposed to do” – powiedział w wywiadzie w 2011 roku Rodgers. To właśnie dzięki niemu kapela znalazła nowy sposób na siebie. Zamiast okupować się w stylistyce new romantic, poszli w ambitniejszy, bardziej funkowy i przypominający lata 70. klimat.

To tytułowy numer „Notorious” (nazwa od filmu Alfreda Hitchocka) zdobył największą sławę. Zresztą w fajnym klipie można zobaczyć supermodelkę Christy Turlington, która znalazła się również na zdjęciu na płycie. O tu:

Ale są tu także inne, genialne numery, jak „Skin Trade” czy „Meet El Presidente”. Doskonały, mniej mechaniczny, a bardziej organiczny album.

To wydanie wypuścił bułgarski Balkanton. Bez problemu można je znaleźć w internecie i antykwariatach.

A jak chcecie poczytać więcej o Duran Duran, na przykład mój wywiad z Rogerem Taylorem przy okazji wydania płyty „Paper Gods” to polecam TUTAJ. Na niej też zagrał Nile Rodgers.

Off Festival’18

Już dziś startuje w Katowicach najlepszy festiwal świata… no przynajmniej taki, na którym odkryłem kilka wyjątkowych dla mnie zespołów. Jak będzie podczas tegorocznej edycji to się okaże. Póki co, trzy złote strzały, które po raz pierwszy zobaczyłem na Offie i już nic nie było takie samo. A pisałem o nich tak:

Algiers, Off Festiwal 2015:

Kilka razy zdarzyło mi się zakochać w jakimś zespole, zanim jeszcze na dobre zapamiętałem jego nazwę. Tak było przed laty z Rage Against The Machine, a w ostatnim czasie z paniami z The Savages, które pokochałem na katowicki OFFie (grały bardzo wcześnie, jako jeszcze mało rozpoznawalny band), naszym Ul/Kr (podobna sytuacja na OFFie), papieskim Ghost, Wooden Shjips, The Do czy Warpaint. Ostatnio zdarzyło mi się to z zespołem Algiers. Jak tylko była taka możliwość zamówiłem zestaw winyl+koszulka ze Stanów (tu ukłony dla koleżanki Kingi).

algiers4

Od pierwszych dźwięków debiut tej kapeli mnie rozwalił. Brzmią jakby muzyką punkgospelową chcieli rozwalić ściany wszelkiej nierówności. Bardzo polityczni w wymowie członkowie kapeli pochodzą z Nowego Jorku i Londynu. Czasami ich numery mogą przypominać wczesne dokonania Nicka Cave’a, a z drugiej strony dźwięki charakterystyczne dla wytwórni Motown. Za to jako inspiracje podają na przykład Public Enemy.

algiers1

Ich krążek, podobnie jak strona internetowa, okraszone są politycznymi zdjęciami, na przykład Czarnych Panter. Do tego są zdjęcia pomników i fragmentów miejskich ruin, których niestety nie jestem w stanie rozszyfrować. Na zdjęciu u góry jest zdaje się Nina Simone.

algiers5

algiers10 algiers0

algiers9 algiers8

algiers7 algiers3

Tutaj pełna lista piosenek i twórców tej płyty:

algiers6

Moim zdaniem nie ma sensu się nad Algiers rozpisywać, ich po prostu trzeba posłuchać i albo się to kupi na 100 procent jak ja, albo odrzuci. Może w odbiorze pomoże ciekawy wywiad, który możecie przeczytać TUTAJ.

algiers2 algiers

To było jeszcze przed Offem. Potem widziałem ich na tym festiwalu i wreszcie jeszcze raz, już po wydaniu drugiej płyty, w Warszawie. Pisałem tak:

Wiem, wiem. Miałem opowiedzieć o drugim singlu przywiezionym z Włoch. Ale po takim koncercie i takim wieczorze w warszawskim klubie Niebo, którego doświadczyłem kilka dni temu, muszę najpierw pokazać takie cudo.

Tamtego wieczoru ponownie na żywo zobaczyłem zespół Algiers. Wydali dwie genialne płyty, kilka razy byli w Polsce. Dla mnie to jeden z najważniejszych zespołów ostatnich lat.

W Niebie było wyjątkowo. Algiers promowali drugi krążek, „The Underside Of Power”. Super było posłuchać materiału w klubie. Nagłośnienie było eleganckie, kontakt z publicznością też. Wydawało się, że uczestniczymy w początku antykapitalistycznej rewolucji.

  

Jeszcze przed koncertem członkowie zespołu chodzili po klubie, ale na spotkanie z nimi przyszedł czas po występie. Podeszli do merchu i tam rozdawali autografy i rozmawiali z fanami. Udało mi się zdobyć autografy całej trójki na tak fajnie wydanym singlu z pierwszej płyty.

Porozmawiałem chwilę z wokalistą Franklinem James Fisherem. Podobno mnie pamiętał. Jakiś miesiąc temu przeprowadziłem z nim wywiad dla magazynu „Noise”. Tekst z fragmentami naszej rozmowy znajdziecie w tym numerze.

Tylko uwaga, są dwie różne okładki tego numeru „Noise”. Oczywiście zawartość taka sama.

Polecam Niebo jako miejsce koncertowe, nowy numer „Noise”, ale przede wszystkim muzykę Algiers. Trudno przejść obok niej obojętnie. Oczywiście pod warunkiem, że od muzyki oczekuje się trochę więcej niż wartości przekazywanych w twórczości, na przykład Eweliny Lisowskiej…


Savages, Off Festival 2012:

Najpierw widziałem je na Offie, a potem jeszcze na Open’erze. A pisałem o nich tak:

To dla mnie jedno z najważniejszych muzycznych odkryć ostatnich lat. Widziałem panie z Savages na katowickim Off Festivalu jeszcze przed wydaniem przez nie debiutanckiej płyty. Zachwyciły. Tak jak później swoim pierwszym krążkiem i niedawno drugą płytą, która w formie winyla z doskonałą okładką wylądowała na mojej półce.

savages3

Cztery panie zaczęły wspólne muzykowanie niemal pięć lat temu. Wokalistka i autorka tekstów Jehnny Beth (naprawdę nazywa się Camille Berthomier) pochodzi z Francji, wcześniej z powodzeniem występowała w rockowym duecie John & Jehn. Pozostałe członkinie to Brytyjki: gitarzystka Gemma Thompson, basistka Ayse Hassan i perkusistka Fay Milton, która ma za sobą grę w kilku garażowych bandach, zrealizowała też kilka filmów. Mówią, że przez pierwsze dziewięć miesięcy od założenia zespołu w ogóle nie dotykały instrumentów, tylko debatowały nad konwencją i przesłaniem swojej muzyki. Karierę organizowały powoli. Najpierw było kilka występów na festiwalach, supporty British Sea Power. Potem epka „I Am Here” i nominacja do BBC Sound. Prasa zaczęła o nich pisać jako o nowej postpunkowej nadziei, godnych następczyniach Joy Division. Preferujące mroczny image panie są jednak dalekie od porównań z wyspiarskimi legendami. Chciały po prostu grać szybko i głośno.

savages2

Na swoim debiucie „Silence Yourself” z 2013 roku pokazały, że potrafią tworzyć też intymny klimat. Fay powtarza, że zawsze chodziło im o zespolenie surowości z delikatnością. Jeszcze ciekawiej udało im się to na „Adore Life”, płycie dużo dojrzalszej i ciekawszej niż debiut. „Na pewno po pierwszej płycie nabrałyśmy większej wiary we własne możliwości” – mówiła mi w rozmowie Fay. – „Czujemy, że jesteśmy bliżej siebie, lepiej nam się współpracuje i jesteśmy lepszymi muzykami. Tamtą płytę nagrywałyśmy niemal na żywo. Tutaj dopracowywałyśmy własne fragmenty solo. Nie brakowało przy tym improwizacji, chociaż starałyśmy się przemyśleć każdy dźwięk. Chodziło nam przy tym o uzyskanie surowego brzmienia, ale z delikatnymi naleciałościami”.

W jego uzyskaniu pomógł Savages producent, z którym pracowały już przy „Silence Yourself”, Johnny Hostile. Fay przekonuje, że mocnym wyznacznikiem dla muzyki Savages są teksty Beth. Ta o miłości potrafi opowiadać w przeróżny sposób. W numerze „Sad Person” śpiewa: „Love is disease, the strongest addiction I know”. W „The Answer”: „If you don’t love me/ You don’t love anybody”, a w „Mechanics”: „When I’m with you/ I want to do/ All the things that/ I’ve never done”. Muzycznie panie wprowadzają niepokojący klimat pojedynczymi dźwiękami gitary, jak we wspomnianym „Mechanics”. Innym razem dają upust swojemu postpunkowemu szaleństwu. W „The Answer” rządzi dzika gitara i szalejąca perkusja Fay, która daje się ponieść niemal jak jej mistrz, perkusista jazzowy Steve Reid. W przyspieszającym do granic możliwości „T.I.W.Y.G.” rządzą doskonałe, szybkie partie gitar. Panie są mniej porywcze chociażby w „Evil” z pulsującym rytmem. Zmienny klimat ma „Surrender” z noise’owym, garażowym fragmentem.

savages1

Członkinie Savages przyznają, że kilka tematów się zmieniło po tym, jak wypróbowały je na żywo, w konfrontacji z publiką. Dla nich takie występy są niezwykle ważne i sama Fay wyznaje, że na scenę wychodzi jak do walki na śmierć i życie. Dają na niej z siebie wszystko i takiego podejścia chciały też trzymać się w studio. Udało się. Słychać, że Savages grają po coś, chcą przez swoją muzykę przekazać konkretne emocje. Targane w różnych kierunkach, ale skupione na wspólnym temacie. Miłość według Savages nie jest łatwa, ale jak przekonują, miłość to ciągła akcja. Zupełnie jak „Adore Life”. Przy tej płycie na pewno nie będziecie się nudzić. Savages nie mizdrzą się, nie uśmiechają głupkowato, śpiewając o lukrowej miłości do blond sportowca. Bo z miłością nie ma żartów. Z Savages też nie. To poważne rozgrywające na dzisiejszej rockowej scenie, o których zapewne jeszcze nieraz usłyszymy.


Charles Bradley, Off Festival 2012:

Genialny był jego koncert. Niestety Charlesa nie ma już z nami… a pisałem o nim tak:

To historia jak z bajki, american dream w czystej postaci. Przez kilkadziesiąt lat urodzony w 1948 roku Charles Bradley udawał Jamesa Browna, występując w podrzędnych knajpach. Dopiero pięć lat temu zadebiutował -€“ już jako ponad 60-letni wokalista -€“ swoją pierwszą solową płytą „No Time for Dreaming”. Od tego czasu trwa jego niezwykła kariera. Jej kolejnym etapem jest nowa płyta Charlesa „Changes”. Na winylu prezentuje się tak.

bradley1

Po raz pierwszy zobaczyłem Bradleya na katowickim Off Festivalu w 2012 roku. Wyszedł na scenę w czerwonej błyszczącej kurtce, chwilę się pobujał i zaczął śpiewać. Widownia oszalała. Tak było już do końca występu. Charles dziękował publice wzruszony, płacząc, wychodził na bis i mówił o miłości do wszystkich ludzi. Jego występ był jednym z najbardziej poruszających przeżyć tego festiwalu. Bradley podbił serca swoją szczerością, skromnością i wyjątkowym głosem przypominającym złote lata soulu i funku. W tym samym roku premierę miał film dokumentalny o muzyku „Charles Bradley: Soul of America”, opowieść o odkrytym talencie, jego zwyczajnym życiu i przygotowaniach do pierwszej płyty, wspomnianej „No Time for Dreaming”. Mimo że Charles przez kilkadziesiąt lat marzył o solowej płycie, kiedy wreszcie doszło do jej realizacji, nie łatwo było mu pokazać siebie, być Charlesem Bradleyem, po tym, jak przez tyle lat przebierał się i śpiewał jak James Brown.

bradley

Legendarnego muzyka Bradley zobaczył po raz pierwszy jako nastolatek. W 1962 roku siostra zabrała go na koncert Browna w słynnym klubie Apollo w Harlemie. W jednym z wywiadów Charles powiedział: „Biło z niego światło, zawładnął sceną. Pomyślałem wtedy: Boże, chcę być jak on”. Zanim stał się imitatorem jego stylu, szwendał się po Stanach, wykonując przeróżne zawody. W połowie lat 90. przeprowadził się na Brooklyn, by opiekować się mamą. Przeżył załamanie, kiedy zastrzelono jego brata, miał problemy zdrowotne, ale wreszcie wyśpiewywanie hitów Jamesa Browna i przebieranie się za niego przyniosło efekt. Pewnej nocy zobaczył jego występ współwłaściciel niezależnego nowojorskiego wydawnictwa Daptone Records. Zaproponowali mu kontrakt. Chcieli poznać prawdziwe oblicze Charlesa i wydać jego pierwszą solową płytę. Pomogli mu w pisaniu tekstu, poznali z nowym zespołem, pisali wspólnie piosenki i wreszcie wypuścili płytę. Album zebrał znakomite recenzje za wzruszające, szczere teksty, drżący, mocny wokal Bradleya i miraż klasycznego soulu i funku. Sen Charlesa zaczął się ziszczać. Dwa lata później ukazała się jego druga znakomita płyta „Victim of Love”. Teraz mamy „Changes”.

Tytuł został zaczerpnięty z piosenki Black Sabbath. Jak mówi sam Bradley: „To dla mnie wyjątkowa piosenka, bo śpiewając ją, myślę o zmianach, które zaszły w moim życia od czasu śmierci mojej mamy”. Pozostałe teksty opowiadają głównie o sile miłości, ale Charles nie bawi się w tylko w poruszające ballady. Jest też energiczny i dziki. Zupełnie jak James Brown.

bradley2

Na wkładce do płyty zostały wydrukowane nazwiska muzyków, z którymi Charles nagrał „Changes”. Jest też ciekawa wiadomość. Obraz, który widnieje na tylnej okładce płyty namalował… Charles Bradley.

Pytanie, co wydarzy się w tym roku? Dam odpowiedź po festiwalu!

Zbanowany relax

Pisałem już tutaj o singlu i płycie jednego z tych zespołów, które cenię najbardziej.

O singlu „Two Tribes” Frankie Goes To Hollywood pisałem TUTAJ, a o płycie „Welcome To The Pleasurdome” TUTAJ. Czas na kolejny singiel. Oto Frankie mówi „Relax”.

O tym kawałku można by napisać książkę. Pierwszy singiel FGTH i od razu taki strzał. Pierwsze miejsce list przebojów, znakomity klip zbanowany przez MTV i BBC, produkcja samego Trevora Horna i co ciekawe jedyny nagrany analogowo kawałek na ich debiutanckim albumie. Był tak doskonały, że Gary Numan powiedział o nim:
„When I heard this it plunged me into a pit of despair. The production was so good, the sounds so classy that it seemed to move the entire recording business up a gear – we were all left floundering, trying to catch up.”

Singiel ukazał się w wielu wersjach. Ja mam 12 calowe wydanie francuskie z 1983 roku. Poza ponad siedmiominutową wersją „Relax” nazwaną uroczo „Sex Mix„, zawiera też cover przeboju Gerry And The Peacemakers z połowy lat 60. „Ferry Cross the Mersey„. Jest również wersja „Relax” a capella.

Jak zwykle w przypadku FGTH genialna jest okładka i wszystkie dodatki obrazkowo-tekstowe. Tutaj za okładkę odpowiada Anne Yvonne Gilbert. To brytyjska ilustratorka, która pracowała przy wielu książkach czy znaczkach pocztowych. Ale okładka do „Relax” jest chyba jej najsłynniejszym dziełem. Takie numery i takie okładki nie powstają często…

No to jeszcze jeden z klipów do „Relax”:

Not ready

Przy tej płycie na dzień dobry są dwie wiadomości: dobra i zła. Dobra jest taka, że trochę wychowałem się na piosenkach tego zespołu i do tej pory podchodzę do nich z sentymentem. Druga, zła, jest taka, że na pewno nie będę wracał poprzez ten krążek, bo niektóre wersje numerów, które znam na pamięć są koszmarne. Oto Modern Talking „Ready For The Mix”.

Jak podpowiada podtytuł to „Mixes & Rarities z lat 1984-2003”. Są przeboje „You’re My Heart, You’re My Soul”, „Sexy Sexy Lover”, „Cheri, Cheri Lady” albo „Brother Louie”. Niestety podane w nawiasach nazwy wersji już budzą podejrzenia.

„Long Vocal Version”, „Special Dance Version”, „Rap Version” są koszmarne. Podbite w stylu dance z lat 90 utraciły cały genialny klimat ejtis.

Niestety kilku z nich po prostu nie da się słuchać. Dlatego może przejdę do ciekawostki: otóż ta płyta miała światową premierę w Polsce.

To chyba pierwszy przypadek w historii tego bloga, że nie polecam płyty z mojej kolekcji, ale jeśli chcecie powrócić do kawałków Modern Talking to nie przez ten album. Wróćcie do oryginałów. No chyba, że jesteście ultra fanami Bohlena i Andersa, wtedy rozmowa będzie inna.

Dla mnie ta płyta jest tak koszmarna jak okładka. No nic nie poradzę…

Koniec i początek

Pisałem już kilkukrotnie o LP Depeche Mode oraz o singlach. Klikając na zdjęcia przeniesiecie się na opowieści o nich.

Czas na kolejny singiel, wyjątkowy. Oto „Question Of Time”.

Choć niekoniecznie z powodów muzycznych wyjątkowy, ale o tym później.

To trzeci singiel ze znakomitej płyty „Black Celebration” z 1986 roku, o której pisałem TUTAJ.

Został wydany tuż pod koniec ich trasy koncertowej. Zresztą na stronie B zawiera wersje live trzech doskonałych utworów: „Black Celebration”, „Stripped” i „Something To Do”. Zostały zarejestrowane podczas koncertu DM w Birmingham w kwietniu 1986 roku. Sam singlowy kawałek jest w szybszej wersji nazwanej „Extended Remix”.

„Question Of Time” nie zrobiło jakiejś oszałamiającej kariery na listach przebojów, wylądowało na 17 miejscu w UK. Ale za to od tego kawałka, a raczej od wideoklipu do niego rozpoczęła się współpraca Antona Corbijna z DM. Współpraca, która na zawsze zmieniła wizualnie zespół. I całe szczęście, bo powiedzmy sobie szczerze. Wcześniejsze teledyski DM były dalekie od ideału, mówiąc delikatnie.

Baaardzo fajny klip.

A na samej płycie znalazł się ciekawy wyryty napis, coś co zdarzało się DM wcześniej, i później też.

Tym razem, pod pewnym kątem można dostrzec napis „Aviation Aid Excrement Device”. Cóż, daruję sobie tłumaczenie 🙂

„Question Of Time” to naprawdę dobry numer, oparty na niemal rockowym riffie. Ale jednak nie powstał w oparciu o dźwięki z prawdziwych instrumentów. Znalazłem takie wspomnienie Alana Wildera:
Brzmienie pykającej gitary zostało wygenerowane przez uderzanie sprężyny, a część basów wytworzyliśmy poprzez stukanie w dwa końce rury od odkurzacza. Te dźwięki zostały oczywiście przetworzone przez wzmacniacze gitarowe, aby nadać im charakteru i mocy„.

I jeszcze jedna wzmianka Birmingham. Byłem tam kilka tygodni temu. Doskonałe miasto, polecam! Wyjątkowe miejsca nad kanałami, no i duch serialu „Peaky Blinders”, którego akcja toczy się w Birmingham przed laty. W mieście jest teraz na przykład tak:

Sam singiel zdobyłem na jednej z warszawskich wyprzedaży winyli. Bez większych problemów można go znaleźć w sieci.

Smutne pożegnanie

To bardzo smutna wiadomość ostatnich dni. Odszedł Marek Karewicz, najwybitniejszy polski fotograf muzyczny. Przez wiele lat fotografował mistrzów polskiego i światowego jazzu oraz artystów bigbeatowych. Przypomnę tu moją rozmowę z panem Markiem przeprowadzoną przy okazji premiery książki „Big-beat”.

460x237-okladka-BIG-BIT-marek-karewicz-spady-15mm.indd

Z tego, co pisze pan w książce „Big-beat”, pierwszy pana kontakt z fotografią wyniknął z chęci zarobienia paru groszy.

Zaczynałem w zasadzie od pracy laboratoryjnej przy zdjęciach, bo jeszcze zanim zdobyłem pierwszy aparat, robiłem już sporo odbitek, kopii zdjęć. Wiedza techniczna pomogła mi robić na przykład odbitki programów kinowych, które zdobywał kolega. Moje kopie sprzedawał i w ten sposób zarabialiśmy parę groszy.

Gdzie zdobywał pan fotograficzną wiedzę?

Najpierw chodziłem do liceum fotograficznego na ulicy Spokojnej. Tam egzamin zdawałem przed Heleną Dąbrowską, siostrą słynnej pisarki Marii. Sporo zawdzięczam dyrektorowi placówki Zbigniewowi Pękosławskiemu, choć moimi mistrzami byli Edward Hartwig, z którym współpracowałem i który bardzo mnie wspierał, oraz Benedykt Jerzy Dorys. Po liceum poszedłem do łódzkiej filmówki. Wycofałem się na trzecim roku, bo wiedziałem, że już filmowcem nie zostanę. Tam jednak działało prężne środowisko jazzowe. Wydział operatorski skończył chociażby saksofonista, kompozytor Duduś Matuszkiewicz.

Ale płyty jazzowe zdobywano wtedy głównie nad morzem.

Tak, poza Łodzią silnymi środowiskami jazzowymi szczyciły się Szczecin i Trójmiasto. Tam można było kupić płyty przywożone przez marynarzy ze Szwecji. Miałem kilku takich zaprzyjaźnionych dostawców w Szczecinie.

Jeszcze zanim zajął się pan fotografią, zaczął pan grać.

Najpierw były skrzypce. Bardzo nalegała na nie moja babcia wychowana w Sankt Petersburgu. A przekonał mnie do nich najlepszy przedwojenny przyjaciel mojego ojca, który sam grał na skrzypcach. Podczas wojny został wcielony do armii niemieckiej, mieszkał w pomorskim Wąbrzeźnie. Przy pierwszej okazji podczas walk na Zachodzie poddał się aliantom. Zresztą on zaraził mnie nie tylko tym instrumentem, ale muzyką w ogóle. Opowiadał mi zawsze, że spędził wojnę przy dźwiękach orkiestry Millera. Dla mnie Miller to było niemieckie nazwisko i dopiero po kilku latach dowiedziałem się, że chodziło o Glenna Millera. Zacząłem się w nim zasłuchiwać.

Skrzypce też pan porzucił.

Tak, bo w zasadzie mogłem na nich grać wyłącznie na weselach. Po nich był kontrabas, okazał się jednak za duży, nie mieścił się na skuterze i ciężko było go zapakować do taksówki. Zacząłem więc grać na trąbce. Ją z kolei porzuciłem po tym, jak w radiu na Myśliwieckiej w Warszawie nagrałem z zespołem cztery utwory. Jak je posłuchałem, to wiedziałem, że lepiej zająć się czymś innym. Wychodząc z radia, oddałem trąbkę kibicom Legii na sąsiadującym z Myśliwiecką stadionie. Później grałem już tylko sporadycznie, na przykład podczas festiwalu Jazz nad Odrą.

Wspomniał pan o skuterze. W latach 60. panowała w Polsce na nie niesamowita moda w artystycznym towarzystwie.

Ja miałem polską Osę, nie do zdarcia. Mój przyjaciel, twórca wielu znakomitych okładek Rosław Szaybo jeździł z kolei włoską lambrettą, którą kupił od Komedy. Ten z kolei miał ją od Jana Zylbera.

komeda

A propos Zylbera. W książce „Big-beat” przytacza pan pewną anegdotę, jak to m.in. z nim zostaliście poczęstowani wódką przez pewnego księdza.

Wszystko zaczęło się od sesji dla zespołu Silna Grupa pod Wezwaniem na krakowskim Wawelu. Grał w nim Kazimierz Grześkowiak. Był też z nami ich menedżer, ale też perkusista, który grał z Komedą, właśnie Jan Zylber. Nie wiem jakim cudem, ale udało mu się załatwić wejście na Wawel. Po pracy jak zwykle trzeba było napić się wódeczki. Trafiliśmy do Piwnicy pod Baranami, ale tam panował przykry zwyczaj. O czwartej rano barman mówił: „Panowie, ja też mam dom”, zamykał bar i kończył zabawę. Wyszliśmy na miasto, a tu wszystko zamknięte. Grześkowiak, który chodził do seminarium, przypomniał sobie, że niedaleko swoją kurię ma późniejszy biskup Franciszek Macharski. Poszliśmy tam o czwartej rano, wierząc, że ma schowaną jakąś wódeczkę. Otworzył nam młody ksiądz i po wymianie zdań zawołał Macharskiego słowami: „Tu jest jakiś Grześkowiak, pijany, ale nieszkodliwie”. Macharski powiedział, że u niego dostaniemy wszystko oprócz wódki. Nalegając, wyjaśniłem, że przecież w naszej trójce – Zylber, Grześkowiak i ja – jest Żyd, człowiek po seminarium i ewangelik. To wyjątkowa okazja na pojednanie. Wtedy Macharski przypomniał sobie, że obok mieszka pewien ksiądz Karol i on może coś mieć. Karol zaprosił nas do swojego pokoju. Polał 90-procentową śliwowicę, ale sobie tylko połowę kieliszka, bo o szóstej rano miał mszę i nie chciał chuchać na staruszki. Tak wypiliśmy buteleczkę. 10 lat później siedzę sobie na festiwalu w Opolu, a tu nagle biegnie Grześkowiak i krzyczy: „Marek, Marek!”. Pytam, co się stało, a on na to, że ten Karol, u którego piliśmy wódkę, został właśnie papieżem.

U papieża udało się załatwić wódkę, ale w książce „Big-beat” jest też opowieść o tym, jak zespół Budka Suflera w zaskakujący sposób załatwił sobie armaturę sanitarną.

Kiedy członkowie Budki zdobyli popularność, postanowili się pobudować. Mieli jednak problem, bo na rynku brakowało wanien, klozetów itp. Wymyślili więc scenografię na swoją trasę, która składała się właśnie z armatury. Wystąpili o nią do ministerstwa i dostali sprzęt. Najpierw grali pomiędzy tymi wannami, a później odkupili je po niższych cenach jako sprzęt zużyty.

W książce stawia pan tezę, że jazz, rock’n’roll i rock zaistniały i rozkwitły w Polsce, a nie w innym kraju socjalistycznym, głównie dlatego że u nas pewna grupa ludzi zwietrzyła w tym interes?

Oczywiście, że nie wynikało to z idei, ale z tego, że każdy chciał zarobić pieniądze. To był zwyczajny zawód. Kiedy spytałem Tadeusza Nalepę, dlaczego gra i śpiewa, odpowiedział bez zastanowienia, że przecież zwyczajnie nic innego nie umie robić.

Dlaczego takie postaci jak Nalepa, Czesław Niemen czy Józef Skrzek nie zrobili kariery za granicą, nie potrafili iść na kompromisy?

Karierę zrobili tylko jazzmani, bo oni mieli potencjał, jak Komeda czy Michał Urbaniak. Z muzyków rockowych, bigbeatowych nikt. Kończyło się to tak jak z Niemenem. Wydał kilka płyt w Anglii, ale na ważne spotkanie promocyjne nie poszedł, bo się zorientował, że w tym samym czasie jest gdzieś niedaleko promocja opon samochodowych i pojechał, żeby je kupić. Na spotkanie już nie zdążył.

Wspomniał pan o jazzmanach, zdaje się, że nie przepadali za bigbeatowcami?

Bo ich poziom muzyczny był dużo wyższy. Dobry muzyk bigbeatowy marzył, żeby nagrać płytę z jazzmanem.

Czy kariery zespołów bigbeatowych były w jakiś sposób przewidywalne. Od czego zależało, że ktoś zyska sławę?

Trzeba było być dobrym i pić wódkę. A jak się udawało, to się modlili, żeby Pagart (ówczesna agencja artystyczna) załatwił im granie na statku. Grając przez pół roku do tańca, można było odłożyć pieniądze na willę pod Warszawą.

Ciekawi mnie, kto wtedy wymyślał nazwy zespołom. Niektóre były dość kuriozalne, jak Szwagry albo Tarpany?

Menedżerowie wymyślali. Specjalistą był Franek Walicki, który dla swojej muzycznej postaci też wymyślił pseudonim Jacek Grań. Zresztą pseudonimy to było coś normalnego, bo jak na przykład Jacek Zerhau mógł występować pod swoim nazwiskiem. W życiu nie zrobiłby kariery. Przyjął pseudonim Jacek Lech. Takich przypadków jest mnóstwo.

Zrobił pan około 2 tys. okładek płyt, miał pan jakiś klucz do ich tworzenia, dlaczego to właśnie pańskie projekty wygrywały tak często?

Odbywało się to tak, że Polskie Nagrania w swojej siedzibie na ulicy Długiej wywieszały w gablocie ogłoszenie o konkursie. Trzy osoby wystawiały prace do komisji i ta wybierała najlepszą. Nie miałem specjalnej metody na dobrą okładkę, ale prawda jest taka, że moje projekty odrzucono tylko dwa razy. Raz przegrałem z okładką autorstwa Jerzego Dudy-Gracza dla Wojciecha Młynarskiego, a drugiej nie pamiętam.

Obok robienia zdjęć i projektowania okładek zajmował się też pan prowadzeniem imprez. Skąd wtedy wiedzieliście, jak wygląda praca DJ-a, na kim wzorowali się polscy DJ-e w latach 70.?

Wielką szkołę dał nam Alan Freeman z Radia Luxembourg. Przyszedł do pierwszej dyskoteki w Sopocie i z zaledwie 10 singli potrafił zrobić godzinną zabawę. Od niego się uczyłem i potem grałem przez 32 lata w warszawskim Remoncie, m.in. z reżyserem Jackiem Bromskim.

Jak miałby pan wskazać najważniejsze płyty jazzowe w swoim życiu?

Na pewno materiał, który Louis Armstrong nagrał z Ellą Fitzgerald. Poza tym płyta genialnego saksofonisty Earla Bostica. To od niego wielu polskich jazzmanów uczyło się grać, notując dźwięki na kartkach.

Nie wymienił pan Milesa Davisa, któremu przecież robił pan znakomite zdjęcia.

Nie, lepszy był Louis. Od Milesa mam za to w szafie marynarkę.

Wywiad przeprowadziłem dla dodatku Kultura DGP

The Bang Bang Bar

To nie jest zwyczajny soundtrack, tak jak „Miasteczko Twin Peaks” nie jest zwyczajnym serialem. Oto mam podwójną płytę z piosenkami, które artyści wykonali na scenie w serialowym barze. Nazywa się „Twin Peaks Music From The Limited Event Series”.

To w zasadzie składanka „the best of” według Davida Lyncha. Są przecież Angelo Badalamenti z tytułowym tematem, przyjaciółka reżysera Julee Cruise, jego kumpel Trent Reznor z Nine Inch Nails.

Ale do tego trochę młodzieży, takiej koło 40-tki: Sharon Van Etten czy The Chromatics. No i klasycy w stylu ZZ Top, Eddiego Vaddera, Otisa Reddinga i The Platters.

Wszystkie piosenki w lekko mrocznym spowolnionym stylu. No może poza kawałkiem ZZ Top. Choć w serialu nie każda się sprawdziła, to na płycie słucha się tego naprawdę baaaardzo dobrze.

Całość opatrzona zdjęciami artystów z klubowej-serialowej sceny. Autor okładki: sam David Lynch.

Na pewno znajdą się tacy, którzy twierdzą, że nowy sezon serialu jest bez sensu i te nowe piosenki również. Ja jednak tak nie sądzę. Chociażby dla takiej muzyki warto wrócić do Twin Peaks. W numerach z tego wydawnictwa jest tyle smaczków, pięknych drobnostek, ile w samym serialu. Żałuję tylko, że nie mam wersji na kolorowych winylach…

Więcej info znajdziecie na stronie wydawcy TUTAJ.