Grafika z południa

Bajki wydawane kilka dekad temu na winylach to osobna kategoria analogowa, bardzo bogata, niestety bez kontynuacji dzisiaj. Pisałem już o kilku doskonałych bajkach na płytach m.in. TUTAJ.

Ostatnio moje zasoby powiększyły się o wyjątkowe dwa wydawnictwa. Oto bajki wydane w 1965 roku przez Czechosłowacki Supraphon.

O jednej wyjątkowej płycie powiązanej z Supraphonem pisałem już TUTAJ.

Co to jednak za dwie nowe bajki? Ano „Zwierzęta i zbójcy” i „Latający kufer”.

Wyjątkowo zacznę od oprawy graficznej, bo ta jest przepiękna. Już same okładki przyciągają uwagę. A przygotował je duet Jiri Pavlin i Gustav Seda. Ale prawdziwe cacko czeka po otwarciu okładek. Robi się przestrzennie.

Są zwierzęta, jest i zbójca.

W drugiej płycie, zgodnie z tytułem, jest latający kufer.

Za oba wydawnictwa odpowiadają te same osoby. Opowiadają Danuta Manczewicz i Mieczysław Gajda. Ciekawe, że pani Manczewicz jest tu napisana z błędem. Jej nazwisko to Mancewicz. Walczyła w Powstaniu Warszawskim, występowała w różnych teatrach. Najbardziej znana jest jednak z dubbingowania postaci z bajek, chociażby Placka z „O dwóch takich co ukradli księżyc” (więcej na początku wpisu). Dubbingowała również Lolka w „Bolku i Lolku”.

Królem dubbingu był również zmarły w zeszłym roku Mieczysław Gajda. Muzykę do obu bajek przygotował Jan Kalab, a wyreżyserował je Josef Cincibus.

Co prawda znajdują się na płytach dźwięki tła, trochę muzyki, ale to przede wszystkim opowieści czytane przez wspomnianych lektorów. Czytane świetnie.

Jak widać wyżej, w serii zostało wydanych kilka innych bajek.

Zdaje się, że nie łatwo je dziś dostać. Jeżeli jednak znajdziecie w jakimś antykwariacie polecam dla waszych dzieciaków. Warto.

Reklamy

Bez uprzedzeń

„Last Christmas” – to z tą piosenką od ponad ćwierć wieku kojarzą mi się święta. Jeżeli jednak ktoś zna George’a Michaela wyłącznie z tego cukierkowego zimowego kawałka to robi krzywdę sobie i samemu Michaelowi. On sam już od „Last Christmas” nie ucieknie. Nomen omen odszedł w święta zeszłego roku. Ten świąteczny numer nagrał jeszcze w duecie Wham!.

Pod koniec lat 80 postanowił spróbować sił solo i nagrał znakomity album „Faith”. Pisałem o nim TUTAJ.

W 1990 roku Michael wypuścił drugi solowy album „Listen Without Prejudice vol. 1”. Od razu warto wyjaśnić, że dwójka nigdy nie ujrzała światła dziennego z powodu konfliktu z wydawcą. Za to niedawno ukazało się wznowienie tej doskonałej płyty.

Już sam tytuł wiele wyjaśnia: słuchajcie bez uprzedzeń. George chciał tym albumem pokazać, że naprawdę umie śpiewać, i to nie tylko taneczne przeboje. Również, że jest świetnym kompozytorem. No i moim zdaniem pokazał. Choć płyta nie powtórzyła sukcesu „Faith”, szczególnie w Stanach, mimo, że zawiera przebój „Freedom! ’90”. Pewnie wszyscy pamiętają klip do tego singla z najważniejszymi ówczesnymi modelkami. Jego reżyserem jest David Fincher, tak, ten od „Siedem” czy „Podziemnego kręgu”. Ważne jest to, że w klipie nie widać Michaela. Tak sobie wymyślił. Nie ma go w klipach promujących płytę, nawet na okładce.

Okładką jest zresztą zdjęcie słynnego fotografa Arthura „Weegee” Felliga. Fotografia pochodzi z 1940 roku z Coney Island.

Na płycie Michael bawi się soulem, jazzem, akustyczną gitarą. Coveruje Steviego Wondera („They Won’t Go When I Go”), korzysta z pomocy genialnych muzyków: gitarzysty Phila Palmera (grał m.in. z Iggym Popem, Pet Shop Boys) oraz saksofonisty Andy’ego Hamiltona (ten grał z kolei chociażby z Radiohead i Davidem Bowie).

W zestawie CD wznowienie tej płyty ukazało się z dodatkowym materiałem George’a z koncertu Mtv Unplugged. Chyba jednego z najlepszych w tej serii. Szkoda, że tego nie ma na winylu. Ale oczywiście i tak warto mieć „Listen Without Prejudice vol. 1”. To genialna płyta. Dziękuje ci za nią George…

Dwa podwójne

Jeszcze nie zdarzyło się tak, by remiksy Depeche Mode były lepsze od oryginałów, ale kilka zapadło mi w pamięci. Wyróżniłby chociażby remiksy singli z płyty „Ultra”.

Niedawno ukazały się kolejne dwa single z ostatniej płyty Depeche Mode „Spirit”, o której pisałem TUTAJ. Dwa kolejne, po pierwszym „Where’s The Revolution”, o którym więcej TUTAJ.

 

Jak widać przy okazji „Where’s The Revolution” wydanie z remiksami ukazało się na dwóch płytach. Z nowymi, czyli „Cover Me” oraz „Going Backwards” jest tak samo.

Na „Spirit” szczególnie uwiódł mnie numer „Cover Me”, którego współautorem jest Dave Gahan. Muszę powiedzieć, że tutaj remiksy nie porywają jak oryginał. Ten szczególnie uwodzi rozkręcającą się drugą połową numeru. Tu mi trochę brakuje podobnych ruchów. Jest aż siedem remiksów „Cover Me” oraz jeden innego kawałka z płyty „Spirit”, „So Much Love”.

Jak już miałbym wybrać najfajniejszy to ten w wersji grupy Warpaint. Wyróżnia się jakimś takim transowym ciekawym klimatem. Okładkę tego singla, tak jak poniższego oraz wszystkich wydawnictwo przy „Spirit” zaprojektował oczywiście Anton Corbijn. Ciekawe, że singiel „Cover Me” jest do odtwarzania z prędkością 33 1/3, a „Going Backwards” 45 rpm.

Na tym drugim, obok 5 wersji „Going Backwards” znalazły się także „You Move” oraz „Poison Heart”. I na tym w zasadzie mógłbym skończyć opisywanie tego singla, bo niestety ciekawych wersji tam nie ma. Brakuje tu takiego strzału jak chociażby „Cover Me” w zaskakującym wykonaniu Josha T. Pearsona. No szkoda.

Upadnie Rzym, upadnie świat

To nie był pierwszy raz, kiedy widziałem Ulver na żywo. Tak jak poprzednim, w Palladium w 2010 roku, tym razem też zagrali wyśmienicie. Tym razem w warszawskiej Progresji. Nie było kompletu, ale nagłośnienie i laserowy pokaz towarzyszący koncertowi skutecznie wypełniły całą salę.

Ulver zagrali materiał z tej płyty. Zakupiłem ją w merchu jeszcze przed koncertem. Bez problemu można winyl nabyć w sieci. Jego złotą wersję na stronie wytwórni TUTAJ.

Koncert był dość krótki, Ulver skupił się na materiale z tej płyty oraz epki wydanej niedawno. Cover „Power Of Love” Frankie Goes To Hollywood zagrany przez Ulver na finał koncertu pochodzi własnie z epki.

 

Ale wracając do samego albumu. To już 11 krążek pana Kristoffera Rygga i jego kumpli, którzy przecież zęby zjedli na metalu. A co tu są za ejtisy! Klimat lat 80 paruje z każdego numeru. Na koncercie kilka z nich było genialnie „przeciągniętych” nawet w 20-minutową niemal transową masakrę.

Sam winyl – świetnie wydany. Wkładka ze zdjęciami i tekstami baaaardzo ładna. Po lewej zdjęcia/grafiki, po prawej teksty. Do tego słowem wstępu i zakończeniem.

 

Na zdjęciach m.in. Lady Diana i lądowanie aliantów w Normandii.

A do tego taka genialna grafika. Wilk i posąg z XVII wieku.

Wiele jest tu poruszających tekstów, ale chyba największe wrażenie robi na mnie „So Falls The World”:

„Legends fail/ And houses fall/ In great shame/ In elliptical ruins/
(…)
Tragedies repeat themselves/ In perfect circle/ Wrong, wrong, wrong/ (As in death)
As Colossus stands
So shall Rome
When Colossus falls
Rome shall fall
When Rome falls
So falls the world

Można to zapewne czytać na wiele sposobów. Ja czytam dość pesymistycznie.

Rewolucja na żywo

Wiem, wiem. Miałem opowiedzieć o drugim singlu przywiezionym z Włoch. Ale po takim koncercie i takim wieczorze w warszawskim klubie Niebo, którego doświadczyłem kilka dni temu, muszę najpierw pokazać takie cudo.

Tamtego wieczoru ponownie na żywo zobaczyłem zespół Algiers. Wspominałem już o nim kilka razy, chociażby TUTAJ. Wydali dwie genialne płyty, kilka razy byli w Polsce. Dla mnie to jeden z najważniejszych zespołów ostatnich lat.

W Niebie było wyjątkowo. Algiers promowali drugi krążek, „The Underside Of Power”. Super było posłuchać materiału w klubie. Nagłośnienie było eleganckie, kontakt z publicznością też. Wydawało się, że uczestniczymy w początku antykapitalistycznej rewolucji.

  

Jeszcze przed koncertem członkowie zespołu chodzili po klubie, ale na spotkanie z nimi przyszedł czas po występie. Podeszli do merchu i tam rozdawali autografy i rozmawiali z fanami. Udało mi się zdobyć autografy całej trójki na tak fajnie wydanym singlu z pierwszej płyty.

Porozmawiałem chwilę z wokalistą Franklinem James Fisherem. Podobno mnie pamiętał. Jakiś miesiąc temu przeprowadziłem z nim wywiad dla magazynu „Noise”. Tekst z fragmentami naszej rozmowy znajdziecie w tym numerze.

Tylko uwaga, są dwie różne okładki tego numeru „Noise”. Oczywiście zawartość taka sama.

Polecam Niebo jako miejsce koncertowe, nowy numer „Noise”, ale przede wszystkim muzykę Algiers. Trudno przejść obok niej obojętnie. Oczywiście pod warunkiem, że od muzyki oczekuje się trochę więcej niż wartości przekazywanych w twórczości, na przykład Eweliny Lisowskiej…

Piccolo italiano

Nie mogłem się powstrzymać. Z małych włoskich wakacji musiałem przywieźć jakieś płyty. Udało mi się wrócić do Polski tylko z dwiema. Jedną „regionalną”. Oto ona.

Ten wyjątkowy duet pracował wspólnie w rozrywkowym programie włoskiej telewizji RAI na przełomie lat 1977-78. Puszczali tam muzykę, bawili się, tańczyli. Tacy wodzireje-DJ-eje.

Singiel „Toccami/Piccolo slam” został wydany w 1977 roku. Znalazły się na nim dwie kompozycje.

Wokalistka, DJ-jka, Stefania Rotolo, rok później wydała swój jedyny długogrający album. Kolejnego nie doczekała. Zmarła po ciężkiej chorobie w 1981 roku.

Do dziś żyje pochodzący z Karaibów, Sammy Bardot. Nawet jakiś czas temu wydał płytę.
Ich wspólny singiel to mieszanka włoskiej muzyki z elektroniką. A jak się dobrze bawili widać w tym fragmencie owego programu tv:

Muszę przyznać, że po wizycie we Włoszech zakochałem się w rozgłośni Radio Italia. Słucham sobie wieczorem w domu. Na zmianę z tym krążkiem. Nic tak nie rozluźnia, jak dźwięki z Italii…

Rozmowy mistrzów

Tym razem, wyjątkowo, nie będzie o płytach, ale krótko o książce. Ale oczywiście z płytami związanej. Oto „For The Record. Conversations with people who shaped the way we listen to music”.

W zasadzie podtytuł wszystko wyjaśnia. To po prostu zestaw rozmów wyjątkowych muzycznych osobowości o… muzyce.

Książkę kupiłem w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Bez problemu można ją kupić w necie. Warto, bo to niemal 400 stron bardzo ciekawych opowieści.

Fajnie, że są to zapisy spotkań muzyków i wymiany ich myśli, a nie po prostu zwyczajne wywiady. Rozmawiają m.in.: Nile Rodgers z zespołu Chic (tak, to ten od „Get Lucky” Daft Punk) z Martynem Ware (m.in. Human League). Do tego Jaki Liebezeit (jego perkusję słychać na płycie „Ultra” Depeche Mode), Gareth Jones (też pracował z Depeche Mode, ale też z Nickiem Cave’em), mistrz konsolety Adrian Sherwood, sam Lee „Scratch” Perry, Modeselektor czy Erykah Badu.

Oto zestawienie esejów, które zaproszeni bohaterowie przygotowali dodatkowo do książki.

Może szata graficzna nie powala, ale naprawdę warto poczytać, jak o muzyce rozmawiają takie ważne i ciekawe postaci.

Wszystko teraz

Przyznaję bez bicia. Nigdy nie byłem wielkim fanem tego zespołu. I nowa płyta mnie do nich bardziej nie przekona…. ale jak została genialnie wydana to już inna bajka.

„Everything Now” to piąty album kanadyjskiej formacji Arcade Fire. Wydanie nazwane „night version” to krążek w baaardzo jasnym niebieskim kolorze. Za design opakowania płyty odpowiada m.in. studio Ping Pong Ping z Kanady i wywiązali się z zadania znakomicie.

Wsuwana w plastikową prześwitującą powłokę okładka z piosenkami, które zostały rozpisane jak znaki graficzne różnych firm. Ale to jeszcze nic. W środku książeczka zrobiona jak folder reklamowy z różnymi produktami sprzed kilku dekad. Chociaż niektóre dzisiejsze niewiele się różnią.

 

Ktoś tu się naprawdę napracował.

W środku zdjęcia kapeli i takie fajne graficzne zabawy jak ta poniżej – zwróćcie uwagę na postać na koniu.

I jeszcze takie genialne zdjęcie na rozkładówkę.

I teraz uwaga. Jestem szczęściarzem, który obok powyższego oryginału ma też specjalną polskojęzyczną wersję płyty. Zdaję się normalnie nie do kupienia.

Choć przyznaję, ten tytuł lepiej brzmi w oryginale.

….a o muzyce na tym pięknym krążku nic nie będzie? Eeeee, wolę sobie na niego popatrzeć niż odpalić na gramofonie…

Lepiej późno niż… jeszcze później

Od razu przyznam, że nigdy nie byłem fanem tego zespołu. Do momentu, w którym ich nowa płyta trafiła do mnie na czarnym krążku. A w zasadzie na dwóch.

LCD Soundsystem i ich „American Dream”. James Murphy, który wymyślił zespół ponad 15 lat temu, a przy okazji bawi się w wydawanie płyt innych artystów w wytwórni DFA Records (m.in. Hot Chip), wpadł na genialnie prosty pomysł. W 2011 roku zawiesił działalność grupy. Po trzech płytach LCD Soundsystem pan James się troszkę znudził. Wtedy pomyślałem, że już chyba nigdy się do nich nie przekonam. Oczywiście moja ignorancja w postaci nie przesłuchania ich żadnej płyty w całości temu nie pomagała. Na szczęście James postanowił reaktywować zespół i wydać nowy krążek.

Podobno nie wszystkim fanom się to spodobało, ale ja nie byłem fanem, takżeeee…

W każdym razie, odpaliłem czwarty album amerykańskiej trupy i wpadłem. Pomyślałem sobie, że to nowy pomysł na granie w stylu Talking Heads. To prawda, jest w tym albumie klimat sprzed lat. Dźwięki, które mam wrażenie już słyszałem. Ale kurde tak podane, że łykam je jak zimne piwko po kilkudniowej przerwie (no może dwudniowej).

A numer „Change Yr Mind” to mistrzowskie połączenie Davida Byrne’a z Depeche Mode.
Albo kolejny „How Do You Sleep?” – dziewięć minut szaleństwa! Cholera przypomina mi to jakiś genialny kawałek, ale nie pamiętam jaki, aaaa!

W zasadzie wszystko mi się tu podoba: wokale, zabawa elektroniką, rozbudowane numery, gitarki. Tak sobie myślę, że James słuchał też Joy Division i zapewne New Order oraz kilka innych brytyjskich kapel z lat 80. A do tego jest trochę klimatu wczesnego U2.

Nie ma tu przebojów, które mógłbym sobie śpiewać idąc posprzątać piwnicę, ale za każdym razem, kiedy odpalam ten album muszę przesłuchać go do końca. No to już o czymś świadczy!

Tak się też zastanawiam, jak to się dzieje, że takie albumu trafiają na szczyt (!) listy Billboard 200, a u nas pewnie sprzeda się w kilkudziesięciu, no może kilkuset egzemplarzach.

Okładka nie jest jakimś powalającym dziełem. Przyznaję. Za projekt odpowiada Michael Vadino, specjalista od mody. Ale już zdjęcia są eleganckie.

A na koniec ładne zdanie opisujące miłość pewnego internauty do Jamesa. No lepiej bym tego nie ujął: „James Murphy is like the therapist I always wanted, but could never find”.

Żeby tylko panowie przyjechali na klubowy koncert do Polski.

Dzięki Karol!

Ponad rok temu pisałem o płycie wyjątkowego dla mnie artysty, Charlesa Bradleya. Zakończyłem wpis zdaniem, że liczę jeszcze na jego przyjazd do Polski. Niestety, już nas nie odwiedzi… pozostała nam muzyka i chociażby ta płyta, o której wtedy pisałem tak:

To historia jak z bajki, american dream w czystej postaci. Przez kilkadziesiąt lat urodzony w 1948 roku Charles Bradley udawał Jamesa Browna, występując w podrzędnych knajpach. Dopiero pięć lat temu zadebiutował -€“ już jako ponad 60-letni wokalista -€“ swoją pierwszą solową płytą „No Time for Dreaming”. Od tego czasu trwa jego niezwykła kariera. Jej kolejnym etapem jest nowa płyta Charlesa „Changes”. Na winylu prezentuje się tak.

bradley1

Po raz pierwszy zobaczyłem Bradleya na katowickim Off Festivalu w 2012 roku. Wyszedł na scenę w czerwonej błyszczącej kurtce, chwilę się pobujał i zaczął śpiewać. Widownia oszalała. Tak było już do końca występu. Charles dziękował publice wzruszony, płacząc, wychodził na bis i mówił o miłości do wszystkich ludzi. Jego występ był jednym z najbardziej poruszających przeżyć tego festiwalu. Bradley podbił serca swoją szczerością, skromnością i wyjątkowym głosem przypominającym złote lata soulu i funku. W tym samym roku premierę miał film dokumentalny o muzyku „Charles Bradley: Soul of America”, opowieść o odkrytym talencie, jego zwyczajnym życiu i przygotowaniach do pierwszej płyty, wspomnianej „No Time for Dreaming”. Mimo że Charles przez kilkadziesiąt lat marzył o solowej płycie, kiedy wreszcie doszło do jej realizacji, nie łatwo było mu pokazać siebie, być Charlesem Bradleyem, po tym, jak przez tyle lat przebierał się i śpiewał jak James Brown.

bradley

Legendarnego muzyka Bradley zobaczył po raz pierwszy jako nastolatek. W 1962 roku siostra zabrała go na koncert Browna w słynnym klubie Apollo w Harlemie. W jednym z wywiadów Charles powiedział: „Biło z niego światło, zawładnął sceną. Pomyślałem wtedy: Boże, chcę być jak on”. Zanim stał się imitatorem jego stylu, szwendał się po Stanach, wykonując przeróżne zawody. W połowie lat 90. przeprowadził się na Brooklyn, by opiekować się mamą. Przeżył załamanie, kiedy zastrzelono jego brata, miał problemy zdrowotne, ale wreszcie wyśpiewywanie hitów Jamesa Browna i przebieranie się za niego przyniosło efekt. Pewnej nocy zobaczył jego występ współwłaściciel niezależnego nowojorskiego wydawnictwa Daptone Records. Zaproponowali mu kontrakt. Chcieli poznać prawdziwe oblicze Charlesa i wydać jego pierwszą solową płytę. Pomogli mu w pisaniu tekstu, poznali z nowym zespołem, pisali wspólnie piosenki i wreszcie wypuścili płytę. Album zebrał znakomite recenzje za wzruszające, szczere teksty, drżący, mocny wokal Bradleya i miraż klasycznego soulu i funku. Sen Charlesa zaczął się ziszczać. Dwa lata później ukazała się jego druga znakomita płyta „Victim of Love”. Teraz mamy „Changes”.

Tytuł został zaczerpnięty z piosenki Black Sabbath. Jak mówi sam Bradley: „To dla mnie wyjątkowa piosenka, bo śpiewając ją, myślę o zmianach, które zaszły w moim życia od czasu śmierci mojej mamy”. Pozostałe teksty opowiadają głównie o sile miłości, ale Charles nie bawi się w tylko w poruszające ballady. Jest też energiczny i dziki. Zupełnie jak James Brown.

bradley2

Na wkładce do płyty zostały wydrukowane nazwiska muzyków, z którymi Charles nagrał „Changes”. Jest też ciekawa wiadomość. Obraz, który widnieje na tylnej okładce płyty namalował… Charles Bradley.

Mam nadzieję, że jeszcze przyjedzie do Polski, bo jego koncerty są absolutnie wyjątkowe.