Too sexy

„Too sexy for my cat/ Too sexy for my cat/ Poor pussy/ Poor pussy cat/ I’m too sexy for my love/ Too sexy for my love/ Love’s going to leave me/ And I’m too sexy for this song” – kuriozalnie-genialny tekst, czyli kwintesencja sztuki braci Fairbrassów. Ostatnio moja kolekcja powiększyła się o pierwszy album ich zespołu Right Said Fred, „Up”.
Bracia Fred i Richard założyli go 30 lat temu w Londynie. Kiedy wydawali ten album w 1992 roku na gitarze grał już z nimi Rob Manzoli. A wcześniej, bracia Fairbrass grali w grupie The Actors, która supportowała m.in. Joy Division.
Zespół wziął swoją nazwę z piosenki z lat 60. Ten album „Up” to w zasadzie ich jedyny sukces. Największy osiągnęli na Wyspach, lądując na szczytach przebojów. Pomógł w tym szczególnie singiel „I’m Too Sexy”.
Ale na tej płycie znajdują się też inne, naprawdę ciekawe numery z klawiszami, smyczkami, trąbką albo saksofonem.
Jeszcze zwrócę uwagę na fotografa zespołu, Juliana Bartona. Ten robił też zdjęcia m.in. takim gwiazdom jak Martika, Marc Almond, Alison Moyet i No Mercy.
Żeby było śmieszniej, panowie wciąż grają koncerty. Na ich stronie rozpiska: rightsaidfred.com
To jeszcze genialna scenka z mistrzowskiego serialu „Life’s Too Short” z udziałem braci z Right Side Fred, perełka:
Reklamy

Praczki, okręty, kolonie

Kilka razy widziałem ich koncerty, na OFF Festivalu w Katowicach, na Open’erze. Za każdym razem przyciągali muzyką, tekstami, wyglądem. Koncertami się zachwycałem, ale przyznam, że niekoniecznie potrafiłem przejść przez całą płytę. To zespół znakomicie koncertowy. Przy przesłuchaniu całego albumu trudno się skupić i chłonąć tak dobrze to, co mają do powiedzenia. A mają sporo. Myślę, że małym dowodem może być rozmowa, którą jakiś czas temu przeprowadziłem z jednym z muzyków. Oto Hańba! i ich epka „1939”.

Zbuntowana orkiestra podwórkowa Hańba! to fikcyjna muzyczna opowieść, której bohaterowie piętnują zło otaczającego ich świata końca lat 30.: nienawiść, nierówności społeczne, militaryzm, szowinizm, antysemityzm. Wspierają ich w tym poeci (zarówno sławni – Tuwim, Broniewski, jak i mniej znani – Szenwald, Szlengel, Ginczanka) oraz podwórkowe instrumentarium (bandżo, bęben, akordeon, tuba i klarnet) – jak piszą o sobie muzycy. Miałem okazję porozmawiać z jednym z nich. W zespole przyjął tożsamość Ignacego Wolanda.

W rozmowie muzyk zdradził mi dlaczego w ogóle przenoszą się do II RP, dlaczego wydali tylko epkę, a nie album długogrający, jak protestowano przed wojną, jacy byli przedwojenni artyści. Na przykład mówi tak.

Na nowej śpiewacie m.in. teksty Zuzanny Ginczanki. Inne było wasze podejście do kobiecego – momentami satyrycznego – tekstu niż na przykład do patetycznych tekstów Józefa Wittlina?

Czuć, że z tekstów Ginczanki emanuje inna wrażliwość, niż z męskich słów, nie są tak wojownicze, ale podchodziliśmy do nich tak samo. Ginczankę wybraliśmy nie po to, żeby ją dowartościować, bo ta genialna autorka tego nie potrzebuje. Decydująca była dla nas jakość jej tekstów. W męskim kulturalnym świecie lat 30. Zuzanna była wyjątkowa. Wyróżniała się urodą, ale przede wszystkim celną satyrą, świetnym poczuciem humoru. Uwielbiali ją Gombrowicz, Tuwim. W 1944 r. została rozstrzelana przez Gestapo. Wyjątkową postacią tamtych lat był także Władysław Szlengel, który zginął w warszawskim getcie w 1943 r. Najbardziej znany z tekstów satyrycznych i kabaretowych – napisał chciażby takie szlagiery ulicy jak „Jedziem, panie Zielonka” i „Panna Andzia ma wychodne”, nie unikał tematyki społecznej. Wszystkie utwory, które znalazły się na „1939” doskonale sprawdzają się dziś, co wynika z ich wysokiego poziomu artystycznego. Ci autorzy potrafili, nie rezygnując ze swojego języka poetyckiego, pisać zarówno teksty artystyczne czy satyryczne, jak i o sprawach bieżących, ważnych, tragicznych. Utwory Szlengla albo Wittlina to nie proste protest songi z hasłami rzucanymi prosto w twarz, ale znakomite wiersze. Owszem, wynikały z konkretnych wydarzeń, komentowały rzeczywistość, ale przez swój wysoki poziom artystyczny wciąż są uniwersalne, także dziś, w oderwaniu od swojego kontekstu społeczno-politycznego.

Cały efekt moje rozmowy z członkiem Hańby! przeczytacie TUTAJ.

Genialne są tu teksty Ginczanki i Szlengla. Genialne i wstrząsająco aktualne.

Polecam tym, którzy szukają ważnej muzyki.

Północny zawrót głowy

Pisałem już TUTAJ o wyjątkowych płytach w mojej kolekcji, które zostały wydane specjalnie na Record Store Day.

Po tegorocznej odsłonie RSD mam kilka nowych, znakomitych skarbów. Najpierw wydanie wypuszczone na zeszłoroczne RSD. Hitchock w najlepszej formie, czyli Bernard Hermann i jego tematy do „Zawrotu głowy” oraz „Północ, północny zachód”.

Bernard Hermann żył w latach 1911-75. Skomponował muzykę do takich genialnych filmów, jak „Obywatel Kane”, „Obsesja”, „Taksówkarz” i oczywiście filmów Hitchcocka. Hermann mówił o nim: Alfred kończył swoje filmy w 60 %, reszta to moja robota.

Pisząc muzykę do „Zawrotu głowy” (ang. Vertigo) Bernard inspirował się kompozycjami Richarda Wagnera. W tym genialnym filmie zagrali James Stewart i Kim Novak.

Z kolei Cary Grant i James Mason to mistrzowie z filmu „Północ, północny zachód” z 1959 roku.

Muzykę w obu filmach nagrała orkiestra praskich filharmoników, dyrygowana przez Paula Batemana. To bardzo znana orkiestra. Powstała tuż po II wojnie światowej. Współpracowali z nią m.in. David Lynch i Alexander Desplat.

Ten singiel został wydany przez brytyjską wytwórnię Silva Screen Records. Ukazał się w 1200 egzemplarzach. Zobaczcie jakie wydają genialne rzeczy TUTAJ.

Jeszcze jedna ciekawostka o Hermannie. Jego druga żona była kuzynką pierwszej. Więcej ciekawostek o nim znajdziecie TUTAJ.

Więcej o samym Hermannie pisałem również TUTAJ.

To jeszcze początek tego genialnego filmu. Zobaczcie jak genialnie są napisy zrobione.

Gibki Italo Adriano

Co łączy „Idę” Pawła Pawlikowskiego, doskonały serial „Fargo”, „Wesele w Sorrento” i „Czy pamiętasz Dolly Bell?” Emira Kusturicy? Postać Adriano Celentano. Jego utwory znalazły się m.in. w tych produkcjach. A teraz mam zestaw jego hitów na winylu.

Urodzony w Mediolanie (kibicuje miejscowemu Interowi) muzyk, aktor, producent, reżyser i tancerz, stąd ksywa il Molleggiato. Czyli ktoś bardzo gibki.

Zafascynowany muzyką Elvisa Presleya karierę rozpoczął ponad 60 lat temu. Teraz ma 81 lat. Kilkadziesiąt albumów sprzedał w 200 milionach egzemplarzy. Zagrał w kilkudziesięciu filmach, kilka sam wyreżyserował. Pracował m.in. z Dario Argento.

Jest symbolem festiwalu w San Remo. Wykonywał tam swoje najsłynniejsze piosenki. Kilka z nich znalazło się na tej płycie, chociażby „Si E’ Soento Il Sole” czy jego wersje klasyków „Buonasera Signorina” i „Stand By Me” (wykonane po włosku).

Płytę „Golden Hits” wypuściła niemiecka firma ZYX Music, której właściciel pan Bernhard. Ten pan wymyślił nazwę italo disco. Adriano to jednak nie disco, a pop zmieszany z rock’n’rollem.

To jeszcze na deser Adrian z Sam Remo:

Maire i Bono

Jakimś cudem jest jeszcze kilku bardzo ważnych dla mnie wykonawców, którzy się jeszcze tutaj nie znaleźli. Zespół Clannad jest jednym z nich. Czas nadrobić zaległości.

A nawet byłem na koncercie Marie Brennan i jej trupy w warszawskiej Stodole kilka lat temu. Co prawda nie było wokalisty, który zaśpiewał z nią ten singiel, ale było magicznie.

A singiel ukazał się po raz pierwszy w 1985 roku na albumie „Macalla”. W styczniu 1986 wylądował na 7 calowym winylu, by powrócić jeszcze raz w 1989 roku, przy okazji wypuszczenia kompilacji „best of” Clannad. „In A Lifetime” było pierwszym singlem. Trudno się dziwić, to jeden z największych przebojów irlandzkiej grupy. Bez wątpienia także dlatego, że gościnnie wystąpił Bono. Wraz z U2 był już wtedy gwiazdą, choć jeszcze przed wydaniem płyty „The Joshua Tree”.

Bono był pierwszym muzykiem zaproszonym przez Clannad do zaśpiewania w ich piosence. Podobno zrobił to w dwóch podejściach, w 10 minut.

Numer wyprodukował Steve Nye, który pracował też m.in. z Japan czy Frankiem Zappą. Muszę też wspomnieć, że kawałek wykorzystała w swojej kampanii marka boskiego trunku Jameson 🙂

Drugi numer na singlu to „Something To Believe In” z płyty „Sirius” z 1987 roku. Tu z kolei gościnnie pojawia się sam Bruce Hornsby.

Niestety niespecjalnie wysoka jest jakość zdjęć na okładce tego singla. A to dlatego, że zapożyczono je z tego teledysku.

Tutaj ciekawa notka o tym klipie ze strony u2songs.com:

„A video was filmed for the song, and it was filmed by Meiert Avis, who had worked on most of U2’s early videos. It is set in the early 1900s in Ireland, and based on life in small villages back in those days, showing scenes of children walking narrow roads, a couple walking with a bicycle, old men drinking in a pub, and a hearse winding through the countryside. Footage of Bono and Máire Brennen in the woods and on a cliff is also included in the video. The video was filmed in Gweedore, a small town in County Donegal in Ireland. The video inspired the artist Dave McKean in his early drawings and design of the character “Sandman” for DC Comics, and early sketches of the character found in the “Preludes and Nocturnes” graphic novel is unmistakably Bono taken from the video for “In a Lifetime”. The “Sandman” series was a critically acclaimed and an award winning series, and Bono served as an early inspiration for the characters look”.

Od Piaf i musicalu

Było już tu krótko o boskiej Grace Jones. To za sprawą genialnej płyty „Nightclubbing”, o której pisałem TUTAJ.

Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nie napisałem o innej jej płycie w mojej kolekcji.

Oto singiel „La Vie En Rose” z jej debiutanckiego krążka „Portfolio” z 1977 roku. Tak, tak, to piosenka Edith Piaf z lat 40. Zresztą w tej wersji mam ją na takiej płycie TUTAJ.

Ale wracając do Grace. Na singlu znalazł się także utwór „Tomorrow”. To z kolei standard z musicalu „Annie”. Grace Jones nagrała go w wersji disco.

Wracając do „La Vie En Rose”. Powstał do niej genialny klip, a sama Jones mówiła, że zawsze śpiewając ten numer płacze.

Zdaje się, że właśnie od tej piosenki zaczęła się kariera boskiej Grace.

No i ten drapieżny styl okładki, cała Jones…

Fuck art let’s dance

Czas nadrobić kolejne zaległości w singlach. Bardzo często znajduję je w antykwariatach po 5, 10 zł i to są naprawdę super strzały. Na przykład dwa takie single z początku lat 80.

Najpierw Bronski Beat i  ich „Why?”.

To singiel z 1984 roku, jeden z ich największych hitów, uważany dziś za jeden z hymnów środowiska LGBT. Piosenka znalazła się na płycie „The Age of Consent”. Słowa napisał – i sam je wyśpiewał – Jimmy Somerville. To pokaz jego możliwości wokalnych, szczególnie w finale „Why?”. Z drugiej strony singla znalazł się mniej popularny numer „Cadillac Car”.

Ciekawą postacią jest autor rysunku na okładce, to szkocki artysta Robert McAulay, o którym więcej możecie przeczytać TUTAJ.

Producentem tego singla jest Mike Thorne. I tu dochodzę do drugiego singla, który się z tym pierwszym trochę łączy. Pan Mike współpracował również z Soft Cell. I to m.in. przy tym singlu.

„Bedsitter” to numer napisany i wydany przez Davida Balla i Marca Almonda w 1981 roku. W tamtym czasie zawładnął klubową sceną Londynu. Idealnie wpasował się w popularny wtedy slogan „Fuck art let’s dance”. Chociaż tekst i klip pokazują, że panowie podchodzili do tego z troską.

Z drugiej strony singla znalazł się numer „Facility Girls”.

Autorem okładkowego zdjęcia, kwintesencji cudownej, choć przedziwnej sztuki lat 80, jest artysta Peter Ashworth. TUTAJ więcej jego fajnych prac.

Przebój 1987

Pisałem już kilka razy o jednym z moich ulubionych zespołów, Pet Shop Boys. Przy okazji singli TUTAJ, albo płyt TUTAJ i TUTAJ.

   

Czas na kolejny singiel, przebój roku 1987, „It’s a Sin”.

Na tym krążku numer znalazł się w wersji tradycyjnej oraz ponad siedmiominutowej „Disco Mix”. Ta druga faktycznie jest trochę bardziej taneczna, rozbudowana. Za remiks, obok zespołu, odpowiada Stephen Hague. Amerykanin ma na koncie współpracę również z OMD, New Order czy Erasure.

Ciekawe, że Pet Shop Boys zostali posądzeni o plagiat, jeśli chodzi o „It’s a Sin”. Wygrali.

Neil Tennant powiedział o niej: „It’s about being brought up as a Catholic. When I went to school you were taught that everything was a sin”.

Muszę tu przytoczyć doskonały klip Dereka Jarmana, twórcy teledysków dla Bryana Ferry’ego czy Patti Smith. Neil Tennant, Chris Lowe, inkwizycja…

Zdjęcie okładkowe zrobił im Eric Watson. Nieżyjący już fotograf, który pracował m.in. z OMD i Madness. Dla PSB zrobił też kilka klipów. Pytanie, czy na zdjęciu jest jakiś pokojów jednego z panów?

Wszystkie stworzenia, Andrzej i Zaucha

Miałby dziś urodziny. Andrzej Zaucha, takiego wokalu nie miał u nas nikt. Małe wspomnienie na blogu:

„Zainteresowanie ambitną muzyką beatową, nieco trudniejszą niż słyszana dotychczas, nie zawsze znajduje aprobatę u młodocianych słuchaczy, zwłaszcza przyzwyczajonych do banalnej pop music w nienajlepszym wykonaniu. Stąd największe powodzenie piosenek Dżambli u osłuchanej z jazzem publiczności” – pisała młodzieżowa gazeta muzyczna jeszcze przed wydaniem pierwszej i jak się miało okazać jedynej płyty Dżambli. „Wołanie o słońce nad światem”. Krążek właśnie do czekał się reedycji na winylu, wydanej przez Polskie Nagrania.

dzamble
Kapela powstała w połowie lat 60. i zanim nagrali wspomniany album, przeszli spore roszady kadrowe (Zaucha dołączył w 1969 roku). Grali na najważniejszych polskich festiwalach, głównie jazzowych, do tego poza granicami kraju. W momencie wydania „Wołanie o słońce nad światem” byli u szczytu popularności. A jednak po wydaniu płyty zespół się rozpadł, Zaucha postanowił dołączyć do Anawy.
Ich jedyny album był już wznawiany, m.in. na CD, teraz doczekał się znakomitej reaktywacji także w postaci winylowego krążka z oryginalną okładką Rafała Olbińskiego. Znalazło się tu dziewięć numerów z tekstami Jerzego Ficowskiego (autora wielu przebojów różnych wykonawców), Tadeusza Śliwiaka (związany z Piwnicą pod Baranami) czy Leszka Moczulskiego (jego poezję śpiewali Niemen i Grechuta). Znakomitym tekstom towarzyszy muzyka wykonywana m.in. przez takich gigantów jazzu jak Michał Urbaniak, Tomasz Stańko i Janusz Muniak.

dzamble1

Piorunujące wrażenie robi tu chociażby tytułowy, ponad dziesięciominutowy numer. Solówka Stańki na trąbce, szaleństwo sekcji rytmicznej, popisy wokalne Zauchy i doskonały tekst są kwintesencją stylu Dżambli. Zespołu, który mieszając różne elementy, wytworzył własny, niepodrabialny, niezwykle rytmiczny, jazzujący styl. Dżamble potrafiły też zagrać w niemal rockowym stylu („Szczęście nosi twoje imię”) albo poruszające balladowe piosenki pasujące na festiwalowe sceny („Wymyśliłem ciebie”). Jak pisał krytyk muzyczny Jan Poprawa w opowieści o zespole na okładce płyty: „Muzycy z Krakowa uchodzą za najbardziej interesujących przedstawicieli nurtu inspirowanego jazzem i autentycznym murzyńskim rhythm and bluesem (…) wykorzystali swing i improwizacje dla stworzenia oryginalnej formuły muzyki rytmicznej”. Za tą rytmikę w zespole odpowiadali doskonały pianista Jerzy Horwath, gitarzysta Marian Pawlik oraz nieżyjący już perkusista Jerzy Bezucha.
Płyta jest dobrym prezentem na 60-lecie Polskich Nagrań. I doskonałym świadectwem wokalnych możliwości Andrzeja Zauchy.

Pisałem o nim zresztą więcej wcześniej. Oto przypomnienie:

zaucha

To zadziwiające, ale geniusz wokalizy Andrzej Zaucha wydał swoją debiutancką płytę dopiero na początku lat 80. O tej wyjątkowej postaci piszę na swoim drugim blogu: http://bufetprl.com/2014/07/27/najlepszy-czarny-glos-w-polsce/

Tutaj przyjrzę się stricte płycie „Wszystkie Stworzenia Duże i Małe”.
„Walory głosowe sprawiają, że można go porównać ze znanymi wokalistami europejskimi” – pisze w swojej opowieści o Zausze na płycie Tomasz Grabowski. Ten album jest tego potwierdzeniem. Klimat jazzowy, funkujący, soulowy, popowy – jest tu wszystko, z czego słynął Zaucha.
Towarzyszy mu zespół Grupa Doctora Q, a gościnnie pojawiają się m.in. Wojciech Karolak, Józef Skrzek czy Ewa Bem. Ostatnia śpiewa w tytułowym „Wszystkie Stworzenia Duże i Małe”.
Oprócz zespołu doborowe jest też pozostałe towarzystwo. Teksty napisał Wojciech Jagielski, a projekt okładki opracował Andrzej Pągowski.

zaucha1

Bez wątpienia ta płyta to genialny krążek na wspominkową prywatkę. A ja do Adrzeja Zauchy jeszcze na pewno na blogu powrócę. Wokalista do swojej tragicznej śmierci na początku lat 90. wydał jeszcze dwie solowe płyty.

Trzęsienie na listach

Nie miał szczęścia ten kawałek. Najpierw, czyli w 1971 roku, nagrała go amerykańska wokalistka Carole King. Miał przynieść jej sławę, ale to inny singiel, wolniejsze „Its Too Late” stało się jej większym hitem. W 1988 roku numer „I Feel The Earth Move” nagrała Martika Marrero.

To był trzeci singiel z jej debiutu „Martika”. Nie przebił sukcesu „Toy Soldier”, ale też znalazł się na listach przebojów.

A Martika zanim nagrała solową płytę występowała w takim show.

Dlaczego napisałem, że numer nie miał szczęścia? Bo tuż po jego wypuszczeniu San Francisco nawiedziło tragiczne trzęsienie ziemi. A już sam tytuł nie był specjalnie trafny w tej sytuacji.

Obok dynamicznego „I Feel The Earth Move” znalazł się tu również finałowy numer z albumu „Martika”, „Alibis”. Ejtisowy numer z solo saksofonu. Współautorką jest Martika.

Ciekawa jest tu jeszcze postać fotografa odpowiedzialnego za zdjęcie okładkowe Martiki. To włoski fotograf Alberto Tolot, który fotografował wiele gwiazd, m.in. Madonnę i Kim Basinger. TUTAJ więcej o nim.

Swoją drogą, ten singiel powinien pasować na sylwestrowym parkiecie. Ja kupiłem go za 5 zł w jednym z warszawskich antykwariatów.