The Bang Bang Bar

To nie jest zwyczajny soundtrack, tak jak „Miasteczko Twin Peaks” nie jest zwyczajnym serialem. Oto mam podwójną płytę z piosenkami, które artyści wykonali na scenie w serialowym barze. Nazywa się „Twin Peaks Music From The Limited Event Series”.

To w zasadzie składanka „the best of” według Davida Lyncha. Są przecież Angelo Badalamenti z tytułowym tematem, przyjaciółka reżysera Julee Cruise, jego kumpel Trent Reznor z Nine Inch Nails.

Ale do tego trochę młodzieży, takiej koło 40-tki: Sharon Van Etten czy The Chromatics. No i klasycy w stylu ZZ Top, Eddiego Vaddera, Otisa Reddinga i The Platters.

Wszystkie piosenki w lekko mrocznym spowolnionym stylu. No może poza kawałkiem ZZ Top. Choć w serialu nie każda się sprawdziła, to na płycie słucha się tego naprawdę baaaardzo dobrze.

Całość opatrzona zdjęciami artystów z klubowej-serialowej sceny. Autor okładki: sam David Lynch.

Na pewno znajdą się tacy, którzy twierdzą, że nowy sezon serialu jest bez sensu i te nowe piosenki również. Ja jednak tak nie sądzę. Chociażby dla takiej muzyki warto wrócić do Twin Peaks. W numerach z tego wydawnictwa jest tyle smaczków, pięknych drobnostek, ile w samym serialu. Żałuję tylko, że nie mam wersji na kolorowych winylach…

Więcej info znajdziecie na stronie wydawcy TUTAJ.

Reklamy

Wakacje!

Ponieważ wybieram się na wakacje za naszą południową granicę postanowiłem przypomnieć tu jedną płytę i pewną wyjątkową orkiestrę.

Chodzi o czechosłowacką orkiestrę Gustava Broma i ich płytę „Polymelomodus”.

brom

Gustav, Jaromir, Vaclav, Zdenek, Frantisek, Mojmir i kilku ich czeskich kolegów wyglądają na okładce jak wyjęci z żurnala z lat 70. Na wydanym w 1977 roku krążku „Polymelomodus” powalają jednak nie tylko wyglądem, ale przede wszystkim swoją muzyką. Jazz naznaczony rockiem, funky czy bluesem lejący się z płyty „Polymelomodus” to jedno z największych osiągnięć orkiestry zmarłego 20 lat temu Gustava Broma. Płytę wypełniają autorskie kompozycje członków orkiestry oraz cover „Do It Again” z repertuaru jazz-rockowej formacji Steely Dan.

Młody kolektyw (kilku muzyków miało wtedy po 20 parę lat), zaprezentował świeże podejście do jazzu, bawiąc się spontanicznym rytmem, efektami, klawiszami Rhodesa czy syntezatorem Mooga. Dochodzą do tego niesamowite solówki, chociażby we wspomnianym coverze. Jest duże prawdopodobieństwo, że ta płyta rozkręci prywatkę nie gorzej niż robiła to zapewne w wielu czeskich domach pod koniec lat 70.

Warto też przypomnieć, że Gustaw Brom regularnie pojawiał się na festiwalu Jazz Jamboree w Warszawie.

Album ukazał się na naszym rynku w wyniku współpracy Gad Records z czeskim Supraphonem, którego początki sięgają lat 30. zeszłego wieku. Jak zwykle w przypadku tego polskiego wydawcy dołączoną bardzo ciekawą książeczkę.

brom2 brom3

Oto próbka ich możliwości:

A sam piękny winyl wygląda tak:

brom4

W następnym wpisie na pewno o perełkach, które znajdę w czeskich antykwariatach winylowych. Bo na pewno znajdę 🙂

Mikrofon zamiast lizaka

Naprawdę nazywałaś się Arystoteles Savalas. Wszyscy znają go jako Telly „Kojak” Savalas. Był genialnym aktorem, zresztą nie tylko w słynnym serialu, w którym chodził najpierw z papierosem, a potem nieodłącznym lizakiem. Grał też przecież m.in. w „Parszywej dwunastce”, „Złocie dla zuchwałych” czy Bondzie. Miał charakterystyczny niski głos. Nic dziwnego, że znalazło się paru gości, którzy w pewnym momencie przekonali go by stanął przed mikrofonem.

Na przełomie lat 70 i 80 nagrał kilka płyt i to z przebojami. Od razu zaznaczę, że nie jestem szczególnym fanem jego twórczości muzycznej. Na albumie „Telly” aranżacje są jakieś takie pastelowe, zbyt zachowawcze, no a wokal, to raczej spoken word z manierą a la Leonard Cohen. Ale Telly doczekał się hitów. Piosenka „If” w jego wykonaniu wylądowała nawet na pierwszym miejscu brytyjskiej listy przebojów.

Na płycie znalazły się również jego wersje piosenek napisanych m.in. przez Krisa Kristoffersona i George’a Harrisona. Wydaną w 1974 roku płytę wyprodukował Snuff Garrett, który pracował m.in. z Cher i the Monkees.

Na tylnej okładce znajduje się kilka słów o Tellym wokaliście. Są przytoczone jego słowa: „zostałem poproszony, by nagrać płytę”. Jest także ciekawe zdanie: „płyta dostępna także na kasecie oraz kartridżu”.

A w środku można poczytać o tym, jak prawidłowo używać płyty. Przydatne to uwagi.

Ciekawe, że zanim Telly został znanym aktorem i nagrał płyty doskonalił swój głos pracując w radiu. Muszę jeszcze przytoczyć moją ulubioną frazę Savalasa: We’re all born bald, baby.

A na deser jeszcze klip z wyluzowanym Kojakiem.

Najlepszy rocznik

Uwielbiam zespół Talking Heads od lat, a jeszcze bardziej od czasu koncertu lidera kapeli, Davida Byrne’a, w warszawskiej Stodole w 2009 roku. Pisałem już TUTAJ o singlu „Road To Nowhere” Talking Heads w mojej kolekcji.

Ale dzisiaj będzie o innym dziele Talking Heads, młodszym. O płycie z mojego rocznika, czyli 1978. Oto drugi album TH o genialnej nazwie „More Songs About Buildings and Food”.

Na tym krążku Byrne i reszta załogi skręcili trochę w stronę „czarnej” muzyki. Zresztą na albumie znalazł się cover klasyka Ala Greena „Take Me To The River”. Numer stał się pierwszym singlem Talking Heads w TOP 30 singli „Billboardu”.

Zabawę TH z funkiem wyprodukował (i zagrał na klawiszach oraz gitarze) sam Brian Eno.

Warto też zwrócić uwagę na okładkę. Ze zdjęć polaroidowych zmontował ją nieżyjący już amerykański artysta Jimmy De Sana. Natomiast na tylnej okładce znalazło się satelitarne zdjęcia USA wykonane w ramach programu Landsat. Więcej o nim można dowiedzieć się dzięki wkładce do płyty.

Więcej ciekawostek o tym genialnym albumie można przeczytać w fajnym tekście „Rolling Stone’a” TUTAJ.

Album można bez problemu kupić na winylu w zremasterowanej wersji.

Generacja Nika

Podobno Elton John powiedział o nim, że jest najlepszym songwriterem swojego pokolenia. Faktycznie pan Nicholas David Kershaw pisał wyjątkowe numery. I to nie tylko dla siebie. Jest autorem chociażby przeboju Chesneya Hawkesa „The One And Only”. Ale wracając do Nika. Wspominałem już tu o jego wielkim przeboju „Wouldn’t It Be Good”, który mam na małej płycie i pisałem o nim TUTAJ.

Teraz czas na pełnoprawny album, który zakupiłem na jednym z winylowych targów. To jego debiutancki krążek o genialnym tytule „Human Racing” z 1984 roku. Jakie tu są numery, jakie aranżacje! No i genialną miał stylówę!

Niewiarygodne, że niektóre gazety brytyjskie zjechały ten krążek. A przecież są tu takie perełki jak „Dancing Girls”, „Wouldn’t It Be Good”, „Human Racing” czy „I Won’t Let The Sun Go Down On Me”. Wszystkie napisał sam Nik. Na klawiszach towarzyszył mu w studio znakomity Paul Wickens, który pracował chociażby z Paulem McCartneyem i Bobem Dylanem. Do tego perkusista Charlie Morgan (Kate Bush, Elton John) i kilkunastu innych świetnych muzyków. A wyprodukował sam Peter Collins.

To wydanie płyty ukazało się na Wyspach. Dzisiaj bez problemu można je kupić w antykwariatach i w sieci za naprawdę małe pieniądze. Tak jak bez problemu można wciąż zobaczyć Nika Kershawa na koncertach. Rozpiska na jego stronie TUTAJ.

I jeszcze ciekawostka. Takie ostrzeżenie na wkładce. Z jednej strony przez nielegalnym kopiowaniem, a z drugiej informacja, o tym, że plastik może być niebezpieczny dla dzieci.

Nowa Aleksandria

Słuchając co jakiś czas tej płyty zastanawiam się: jak to możliwe, że to wciąż tak doskonale brzmi, jakie to jest wciąż aktualne i zwalające z nóg. A ten materiał ma przecież już ponad 30 lat. Najpierw miałem przegraną płytę CD, potem specjalne wydanie powiększone o dodatkową płytę i wreszcie jest. „Nowa Aleksandria” Siekiery na czarnych krążku.

Słychać tu echa tylu gatunków, a jednocześnie to album bardzo monolityczny. No i doskonałe teksty Tomasza Adamskiego. Zresztą muzyka też jest jego. Jakie tu są genialne zwroty:
„Idziemy na skraj/ a niebo jest tuż”.
„Idziemy przez las/ pijani od słów”.
„jest bezpiecznie/ jest spokojnie/ usta tak krwawe/ słowa bezdomne/ jest bezpiecznie/ jest spokojnie/ i tylko i tylko/ i tylko ten wiatr”.

Trudno mi tu wybrać najciekawszy numer, bo jeden jest bardziej interesujący od drugiego: „Tak dużo, tak mocno”, „Czerwony Pejzaż”, „Ludzie Wschodu”, „Idziemy na Skraj„. Pewnie wielu się ze mną zgodzi, że nic wcześniej, ani później w Polsce tak nie brzmiało, jak Siekiera.

Oczywiście, są tacy, którzy twierdzą, że Siekiera trochę zdradziła ideały punka idąc na tej płycie w stronę zimnej fali (momentami brzmią dla mnie jak Killing Joke), ale nie zmienia to faktu, że to genialny krążek.

A wspomniana specjalna wersja CD wygląda tak:

Jeszcze muszę wspomnieć o genialnej okładce. Jej autor to Alek Januszewski, który zaprojektował wiele świetnych okładek, m.in. dla Republiki, ale też takie cudo, które mam w swojej kolekcji i o którym pisałem o nim TUTAJ.

Hymn zburzenia muru

Moja słabość do Davida Hasselhoffa sięga kilka dekad wstecz. Teraz objawia się w kolekcjonowaniu jego albumów. Pisałem już TUTAJ o płycie „David” z 1991 roku.

A teraz kolejne wydawnictwo, które wylądowało na mojej winylowej półce. To jego trzeci krążek „Looking For Freedom” z 1989 roku. Najważniejsza jest tu oczywiście tytułowa piosenka. Co ciekawe, napisana dekadę wcześniej dla innego artysty przez producenta Hasselhoffa, Jacka White’a (nie tego White’a od White Stripes, ale pana, którego prawdziwe imię i nazwisko brzmiało Horst Nussbaum), ale to za sprawą wykonania Davida stała się wielkim przebojem.

Tytułowy singiel dał w samych Niemczech (jeszcze Zachodnich) płycie sprzedaż na poziomie pół miliona egzemplarzy. To wyjątkowy numer. Po pierwsze David wykonał go podczas słynnego koncertu przy berlińskim murze w Nowy Rok 1989 roku. Jak on bosko wyglądał! Miał szalik w klawiaturę i migające lampki na kurtce. No zobaczcie sami:

Musiał się wtedy czuć niewiarygodnie…

Mało tego, Dirk Novitzki, niemiecki koszykarz, który od lat szaleje w NBA, podobno podśpiewuje sobie ten numer wykonując rzuty wolne. Choć chyba zna tylko refren. Oto dowód:

Ale wracając do płyty. Jest na niej więcej genialnych numerów. A w odpowiedni, czytaj zabawowy, nastrój prowadza już otwierający „Is Everybody Happy” i tekst „Is everybody happy/ we’re gonna have some fun/ is everybody happy/ well everybody have a lotta/ everybody have a lotta fun”. I tak już do końca. Głównie popowo-dyskotekowo, ale czasami słychać również echa niemieckich przyśpiewek.

I teraz uwaga. Najlepsze, dla fanów oczywiście, na koniec. W środku można znaleźć specjalny prezent. To plakat (45x67cm) z pięknym Davidem w roli głównej.

Prawda, że boski. Chociażby dla niego warto mieć ten krążek. Spokojnie można go dostać za skromną sumę na portalach aukcyjnych. Polecam!

Witamy w kosmosie

Uwielbiałem ich jak byłem dzieciakiem. Na przełomie lat 80 i 90 zakładałem wieczorem słuchawki do swojego walkmana, puszczałem płytę „Future Generation” i odlatywałem. Co akurat pasuje do gatunku, w którym Laserdance byli mistrzami, spacesynth. Zupełnie nie rozumiem jak mogą być wkładani do worka z napisem „italo disco”, ale co robić. W każdym razie taki piękny album trafił na moją półkę, wreszcie!

Panowie tworzący Laserdance poznali się w klubie specjalizującym się w italo disco w Hadze. Na swoich Rolandach i innych klasycznych klawiszach nagrali kilka syntezatorowych albumów, najważniejszy z nich na pewno debiutancki „Future Generation” z 1987 roku.

W połowie lat 90 zespół się rozpadł, by później kilka razy powrócić do wspólnego grania. I uwaga, powrócili nawet w 2016 roku by wydać nowy krążek „Force of Order”! Więcej o nim przeczytacie TUTAJ. Płytę wydała wytwórnia ZYX Music, ta sama, która w 2015 roku wypuściła tą składankę „The Best Of”.

To zbiór ośmiu kawałków z różnych okresów działalności. Dla mnie najważniejszy jest „Fear” z debiutanckiego albumu. Tutaj jest co prawda remix, a nie wersja oryginalna minimalistyczna, jak z horroru, ale i tak jest mistrzostwem świata. Polecam wszystkim ten wyjątkowy album, wszystkim, którym nie obce są Rolandy i inne klawiszowe skarby.

A na deser Laserdance z vhs na żywo!

Włoska robota

Przyznaje się, moja znajomość jazzu nie jest porażająca, dla wielu jestem zapewne ignorantem. Nie przeszkadza mi to jednak od czasu do czasu zanurzać się w jazzie na długie noce. Ostatnio czynię to za sprawą wyjątkowego wydawnictwa, które zakupiłem w warszawskim antykwariacie na Tamce. Oto 3 longplay’e mistrza Charliego Parkera.

Charliego Parkera uwielbiam od kiedy pamiętam. Przyznaję, że mocno przyczynił się do tego film „Bird” Clinta Eastwooda z fenomenalnym Forestem Whitakerem w roli Parkera. Kiedy więc zobaczyłem box z napisem „Charlie Parker” na półce w antykwariacie musiałem go wziąć do ręki. A jak zobaczyłem, że to aż trzy płyty i do tego z „Birdem” grają Miles Davis i Max Roach no to nie mogłem się powstrzymać.

To nagrania różnych zespołów Parkera z lat 1945-47. Uwaga, pojawia się tu również m.in. sam Dizzy Gillespie. Giganci grają chociażby słynny temat „Ornitology” w 1989 roku wprowadzony do „Grammy Hall of Fame”. Pełen zestaw na zdjęciu powyżej.

Ten zestaw wydał w 1986 roku włoski dystrybutor: Joker. Na naklejkach w środku płyty widać pieczątki jakiejś rzymskiej organizacji potwierdzającej oryginalność wydania.
Box można znaleźć na aukcjach w internecie.

Myślę, że po prostu każdy, nawet tak niedzielny słuchacz jazzu jak ja, powinien mieć chociażby taki skromny zestaw jazzmana, o którego klasie dobrze mówią słowa Milesa Davisa: „Historię jazzu można opowiedzieć czterema słowami: Louis Armstrong, Charlie Parker”.

W slangu – ucieczka

Giovanni Giorgio – to jeden z moich muzycznych bohaterów. Wyjątkowy kompozytor, mistrz elektroniki, autor dancepopowych hitów, ale dla mnie przede wszystkim świetnej muzyki filmowej. Pisałem już o nim wcześniej TUTAJ. W tekście wspominam film, od którego zaczęła się jego kariera w soundtrackach. Od niedawna muzykę Giorgio Morodera do tego filmu mam na czarnym krążku.

To genialny dramat kryminalny Alana Parkera z 1978 roku „Midnight Express” – w slangu „ucieczka”. Film otrzymał kilka nominacji do Oscarów i Złotych Globów, a statuetki zdobyli Oliver Stone za scenariusz i właśnie Moroder za muzykę. Od tego filmu, czy raczej muzyki do niego, zaczęła się kariera Morodera jako kompozytora. I trudno się dziwić.

Już otwarcie soundtracku wbija w fotel. To przecież słynny syntezatorowy temat „Chase”, który zresztą zostały wypuszczony również na singlu. Co ciekawe, aranżerem tego numeru i w ogóle współpracownikiem Morodera na soundtracku jest Harold Faltermeyer, odpowiedzialny m.in. za temat z „Gliniarza z Beverly Hills”, o którym pisałem TUTAJ.

Na „Midnight Express”, po „Chase” jest kolejny wyjątkowy numer, ballada „Love’s Theme”. Są też numery z wokalami. „Istambul Blues” napisał i na płycie wykonał David Castle. Temat z filmu śpiewa poza tym Chris Bennett.

Moja płyta została wydana w 1978 roku w Niemczech przez wytwórnię Casablanca Record, która robiła bardzo fajne grafiki na środku krążka.

Ciekawe, że różne były okładki tego soundtracka. Ta, którą ja mam wydaje mi się najfajniejsza.

A poniżej krótka historia, która stała się inspiracją dla tego wyjątkowego filmu i muzyki.