Punki grają nową falę

Wiem, jestem ignorantem, ale przyznam, że niespecjalnie kojarzyłem kapelę, której płytę dostałem niedawno od kolegi. A to supergrupa i znałem ich kawałki, nie mając świadomości, że tak się nazywają.

The Lords Of The New Church stworzyli w 1982 roku członkowie takich bandów jak The Damned czy Sham 69. Dla mnie więcej grają tu nowej fali, niż punk rocka. Płyta została wydana w 1989 roku, to koncertowe nagranie z ich najbardziej rozpoznawalnymi numerami w stylu „Dance With Me”. Ten album ukazał się w kilku wersjach. Ja mam szczęście mieć kolorowy winyl.

Jak widać na rozkładówce znalazły się tu piosenki zarejestrowane podczas niemieckiej trasy zespołu w 1988 roku.

Historia The Lords Of The New Church skończyła się tragicznie. Wokalista Stiv Bators zginął w wypadku samochodowym w 1990 roku. Tak naprawdę jednak już wtedy ten zespół był rozsypce. Eh, szkoda…

Album można bez problemu nabyć w sieci. Jak jeszcze nie słyszeliście to warto szybko nadrobić, żeby nie wyjść na ignoranta jak ja.

Nie tylko dzieciom

Czas na poważne granie… tak, tak, kto powiedział, że artystka śpiewająca piosenki dla dzieci musi być niepoważna? No dobrze, może trochę. Ale Majka, przepraszam, Maria Jeżowska jest nie tylko w tym mistrzynią. Wystarczy posłuchać chociażby tej płyty.

Zanim Maria stała się sławna jako Majka nagrała m.in. taki album. Oto debiut Jeżowskiej wydany w 1981 roku przez Wifon. Na płycie, na której nigdzie nie widnieje jej tytuł „Jadę w świat”, znalazły się kompozycję z muzyką Marii i słowami m.in. Mogielnickiego czy Dutkiewicza. Poznajemy tu Marię nie w dziecięcym anturażu, ale śpiewającą po prostu pop. Choć patrząc na zdjęcie na okładce (jej autorką jest współpracująca wtedy z najważniejszymi artystami na naszym rynku, Aleksandra Łaska-Wołek), fortepian obłożony materiałem i samą Marię, można się pomylić.

Najsłynniejszą piosenką jest chyba „Od rana mam dobry humor”, trochę w stylu country. Zresztą Maria wiele razy występowała na pikniku country w Mrągowie. Zdobywała nagrody w Opolu, na festiwalu piosenki radzieckiej, a także występowała za Oceanem. Oto dowód, teledysk zespołu Heat N Serve, do piosenki skomponowanej przez jej współczesnego męża. Tak, tak, to Majka. Klip leciał nawet w Mtv. Myślę, że piosenka spokojnie mogłaby znaleźć się na pierwszych płytach Madonny albo B-52’s.

Jak widać Maria, czy też Majka śpiewała nie tylko dla dzieci…

Krążek można spokojnie znaleźć w sieci.

Ekstaza vs smutek

To była bez wątpienia noc, której nie zapomnę. Pomieszanie ekscytacji ze smutkiem. 3 lipca 2017 na stadionie drużyny West Ham w Londynie Depeche Mode zagrali fenomenalny koncert. Potem doszło do tragicznych zdarzeń na ulicach miasta. Tu jednak chciałbym skupić się na muzyce.

To był mój kolejny koncert DM, pierwszy poza granicami kraju i chyba najlepszy do tej pory. Doskonałe nagłośnienie (oby chociaż w połowie tak było na lipcowym koncercie DM na naszym Narodowym), znakomita setlista, a przede wszystkim zespół w świetnej formie. Dave cały czas trzymający kontakt z publiką, wciąż lekko wstydzący się Martin, bawiący się na scenie Fletch i masakrycznie szalejący perkusista oraz klawiszowiec uzupełniający zespół. Fenomenalne wersje „Everything Counts” czy „Barrel Of A Gun”, cover Davida Bowiego „Heroes” na deser. Oj działo się. Może tylko wizualizacje Antona Corbijna nie zawsze zachwycały, tak jak to było podczas poprzednich tras.

DM zagrali oczywiście kilka numerów z ostatniej płyty „Spirit”, nie wszystkie sprawdziły się na żywo, „Poison Heart” było lekką porażką. O samej płycie pisałem już TUTAJ. Teraz do kolekcji doszedł singiel.

To wersja „na bogato”, z 9 remiksami „Where’s The Revolution”. Od razu dodam, że nie wszystkie mnie przekonują. Mam wrażenie, że artyści podchodzą do oryginału za mało odważnie. Choć zestaw artystów jest wyjątkowy. Jeden z remiksów przygotowała grupa, która od dwóch lat zachwyca mnie swoim rebelianckim soul-rockiem. To Algiers, o których debiucie pisałem TUTAJ.

Na obecnej trasie Algiers kilka razy supportują DM. Ich wersja „Where’s The Revolution” jest powiedziałbym, przyzwoita. Tak jak wersja Simian Mobile Disco. Zresztą cały album „Spirit” wyprodukował gość z SMD.

Jak już jednak pisałem, brakuje mi tu takich genialnych remiksów, jak zdarzyły się chociażby przy singlu „Useless”. Tutaj są raczej DJ-skie remiksy na parkiet lekko już dogorywającej imprezy.

Ale za zdjęcie i stylówę sto punktów!

Koncertowa rozgrzewka

Dzisiaj wyjątkowy dzień, pewnie nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich, którzy wieczorem przyjdą do ICE Kraków. Na scenie pojawi się Bryan Ferry.

Pisałem już o tym genialnym artyście TUTAJ przy okazji tej pięknej płyty.

Dziś o innym krążku mistrza, a w zasadzie o płycie jego Roxy Music. Oto „The Atlantic Years 1973-80” z 1983 roku.

Krążek zbiera przeboje zespołu z pierwszy siedmiu płyt, m.in.  „Love Is The Drug”, „Do The Strand” i jeden z moich ulubionych kawałków „Over You” – w którym chyba zasłuchiwali się członkowie New Order. Brzmi trochę w ich stylu.

Album został wydany w roku rozwiązania zespołu, panowie zeszli się niemal 20 lat później. Okładkę współtworzył do niej mistrz płytowych coverów, Peter Saville. A na okładce pani, która jest chyba najlepszym obrazem lat 80, jaki można sobie wyobrazić.

Krążek, dziś bez problemu dostępny w serwisach aukcyjnych, nie narobił jakiegoś wielkiego zamieszania na listach przebojów. Ja też wolę „normalne”, studyjne płyty Roxy Music. Ale i tak może być dobrym wprowadzeniem w świat muzyki Bryana Ferry’ego. I dobrym wprowadzeniem w dzisiejszy koncert.

Shaft’s his name. Shaft’s his game

Umówmy się, kto nie zna Shafta (i mówię tu o Shafcie z twarzą Richarda Roundtree, a nie Samuela L. Jacksona), ten niech się lepiej nie przyznaje, tylko nadrabia filmowe zaległości. I muzyczne. Niezapomniany temat, jeden z klasyków funky-soulu napisał Isaac Hayes. Zresztą autor, jako pierwszy Afro-Amerykanin doczekał się Oscara. Postanowiłem przypomnieć „Shafta”, bo ostatnio udało mi się trafić na taki sympatyczny singiel.

Wersji tego kawałka wyszło pewnie tysiące, bo był to jeden z najchętniej granych numerów w dyskotekach lat 70. i 80. Ta płyta, ukazała się w 1985 roku, jako „Theme From Shaft – authentic club version”.

Jak widać, są tu dwie wersje: extended oraz hot pursuit mix. Do tego reklamy innych klasyków, piękna imitacja zbitego szkła (z dziurami po kulach oczywiście), no i doskonały dopisek: „previously available on import only, beware of imitations and cash -ins, in demand authentic club version”.

No cóż, po imporcie, leżakowaniu u kogoś w kolekcji przez 30 lat, płyta dojechała do mnie i często ląduje na talerzu. Czas rozpocząć polowanie na cały soundtrack.

Duch lat 70

Pisałem już kilkukrotnie o Davidzie Bowiem. Chociażby przy okazji singli, które mam szczęście mieć w swojej winylowej kolekcji (pisałem o nich TUTAJ)

 

Na kolejnych dwóch płytach, które znalazły się u mnie na półce, znalazły się dokonania mistrza z lat 70. Singiel „Fame” został wydany w 1975 roku i stał się jednym z przebojów tego roku w Stanach, w Europie zyskał nieco mniejszą popularność.

Kawałek Bowie napisał wraz ze swoim idolem Johnem Lennonem, z którym poznał się rok wcześniej. Zresztą John odpowiada też za chórki w piosence.

Na stronie B singla znalazł się utwór „Right”, napisany już przez samego Bowiego. Gościnnie wystąpili na nim genialni David Sanborn na saksofonie i Luther Vandross przy mikrofonie.

Singiel, tak jak album poniżej, bez problemu można znaleźć na aukcjach internetowych.

„Lodger”, 13 krążek Davida ukazał się w 1979 roku. Nagrany m.in. wraz z Brianem Eno i Tonym Viscontim nie odniósł jakiegoś oszałamiającego sukcesu. Znalazło się jednak na nim kilka znakomitych kompozycji, chociażby „Boys keep swinging” albo „Look back in anger”.

Na uwagę, poza muzyką, na pewno zasługuje tu sama okładka. To efekt współpracy Bowiego z brytyjskim artystą Derekiem Boshierem. Autorem znakomitego zdjęcia Davida z rozwalonym nosem jest z kolei nieżyjący już doskonały fotograf Brian Duffy.

Na okładce znalazł się także m.in. adres. Ciekawe ile osób napisało wtedy do Bowiego.

W środku tradycyjnie teksty piosenek.

Electro is not Dead

Nie będę ukrywał, że od lat znam muzyków zespołu Das Moon. Miałem okazję znaleźć się na planie wielu ich znakomitych klipów.

Właśnie wydali nowy krążek „Dead”. Wypuścili go chyba na wszystkich możliwych nośnikach, z których kilka mam i bardzo polecam fanom electro, new wave, Depeche Mode i podobnych klimatów.  „Dead” ukazał się na kasetach, w genialnym zestawie z dwoma poprzednimi albumami…

… no i na takim pięknym, białym winylu.

Jestem świeżo po ich koncercie premierowym tej płyty w Warszawie i na żywo ten materiał brzmi równie mocno jak na krążku. W nowym numerze „Noise Magazine” znalazła się moja recenzja tej płyty, chętnych odsyłam do tego znakomitego magazynu.

Autorem okładki „Dead” jest ponownie sam muzyk Das Moon, Grzegorz Szyma.

Jakiś czas temu udało mi się porozmawiać z całą trójką z Das Moon. Poniżej przeczytacie fragment tej rozmowy. Całość znajduje się TUTAJ

I’m pretty much on the edge/ I found myself sick/ with no cure…blood on my hands…” słychać w otwierającym płytę, tytułowym “Dead”. W kolejnym “The Kill” Daisy śpiewasz m.in. “I’ve planned a death/ it has something to do with precision”. Mówiąc delikatnie, nie zapowiada to wesołego materiału. Słowo klucz z tytułu waszej trzeciej płyty odnosicie bezpośrednio do sytuacji zespołu (tutaj zacząłbym się o was martwić) czy do tego co widać na ulicach, co oznacza, że trzeba szukać w „Dead” szerszego kontekstu?

Daisy K: Dla mnie ma wielopoziomowe znaczenie. Na początku w ogóle tytuł miał brzmieć „Dead inside”, co bardziej odpowiadało osobistemu traktowaniu pomysłu na nasz nowy album. Przetłumaczenie tego na martwotę wewnętrzną może już coś wyjaśnić. Ale zostaliśmy przy samym „Dead”, bo chodziło też o zaznaczenie pewnego granicznego stanu. Dla nas, trzeci album, jest takim granicznym materiałem, końcem pewnego etapu i początkiem nowego. Odnosimy się do tego, co wypracowaliśmy przez kilka lat współpracy, ale też chcemy otworzyć nowy rozdział. Wydaje mi się, że trzeci album dla artysty to trochę taki wóz albo przewóz. Takie zresztą było dla mnie ostatnich kilka lat. Generalnie dynamicznych i raczej niewesołych. Właśnie granicznych. „Dead” jest tego podsumowaniem.

Grzegorz Szyma: „Dead” stało się trochę takim credo, jak przy debiucie „Electrocution” określenie „Black Flag”. Dla mnie ten tytuł i samo słowo jest takim strzałem w pysk, po którym niekoniecznie musimy coś dopowiadać, każdy może sobie coś dopisać. Jest też łatwe do zapamiętania i sprawdza się graficznie, co dla mnie jako projektanta okładki nie było bez znaczenia.

Musiol: Bardzo mocne, osobiste teksty Daisy K niespecjalnie przekładają się na moje doświadczenia. Ale cały koncept płyty, idea nowych narodzin i jednocześnie śmierci, odcięcia, podkreślona mocną okładką z dwoma nożami, jest mi bliska, odnosi się do szerszej sytuacji, w jakiej znaleźli się wszyscy. Można powiedzieć, że teraz coś umiera, jest niszczone, rzeczywistość się zmienia. Nowe nie idzie w dobrą stronę, ale nawet najgorsza zmiana ma jakieś plusy.

Płytę, którą wydało Requiem Records, można m.in. zamówić na stronie Das Moon TUTAJ

Spirit Mode

Mam problem z Depeche Mode. Taki, że trudno mi ich krytykować, bo to moja największa muzyczna miłość. Od wieeeelu lat. Nowy album „Spirit” nie jest ich najwybitniejszym dziełem, nie ma co do tego wątpliwości. Ale wyjątkowych momentów na nim nie brakuje.

Pisałem już o DM wielokrotnie, bo zespół ma solidną winylową reprezentacje na mojej  półce.
O singlach DM TUTAJ, o albumach długogrających TUTAJ, albo płytach członków DM poza zespołem TUTAJ.

   

 

Czas na ich najnowszą płytę „Spirit”. Zacznę od wizualnej strony. Odpowiada za nią Anton Corbijn i to w zasadzie wystarczy za opis. Stały współpracownik DM, określony surowy styl. Dla mnie geniusz.

Anton odpowiada zarówno za zdjęcia, jak i logo i całość graficznych rozwiązań. Ciekawe, że materiał znalazł się na trzech stronach, na czwartej tylko nazwa Spirit.

Muzycznie na pewno sporo wniósł nowy producent, James Ford z Simian Mobile Disco. Momentami genialnie łączy ducha poprzedniej płyty DM „Delta Machine” z dokonaniami Dave’a Gahana z Soulsavers oraz solowymi Martina Gore’a. Ale chwilami jest dla mnie za mało surowo, zbyt dopracowany, no i wokal Gahana czasami jakoś zmieniony. Trochę za mało tu szaleństwa i wolności, surowości, chociażby a la „Ultra”. Ale koncertowo, z tego co już można było usłyszeć, „Spirit” zapowiada się bardzo dobrze.

Znakomite są tu kawałki Gahana, m.in. „You Move”. Kilka się genialnie rozwija – „Cover Me”. Gore z kolei poszedł politycznie jak nigdy. Szczególnie mocno brzmi finałowe „Fail”.

Płyta wymaga jednak czasu. Winyl krąży na gramofonie codziennie i zyskuje z każdym przesłuchaniem. I chyba o to chodzi.

Śnieg i mróz x 3

Ten album jest tak piękny graficznie, że w zasadzie wystarczyłoby pewnie wrzucenie tu kilku fotek i wielu fanów analogów pobiegłoby od razu do sklepów (można u nas dostać tę płytę bez problemu).

Soundtrack z genialnego serialu „Fargo” został w wydany w bardzo fajnej serii At The Movies.

Na trzech płytach znalazła się ścieżka dźwiękowa Jeffa Russo (ostatnio napisał muzykę do serialu „Legion”) oraz utwory wykorzystane w drugim sezonie.

Jego akcja rozgrywa się w 1979 roku, ale kompozycje niekoniecznie są z tego okresu. Jest tu na przykład piosenka Lisy Hannigan, której jeszcze w latach 70 nie było na świecie.

Jak widać wydanie ma wiele zdjęć z bohaterami serialu, genialnych zdjęć.

 

Russo opowiadał w wywiadzie, że pisząc muzykę do „Fargo” słuchał dużo krautrocka, rocka progresywnego. I to słychać w jego kompozycjach.

Wydawca dołożył do płyt genialny gadżet, skrobaczkę do szyb.

 

A całość zakończył mistrzowskim zdjęciem, w zasadzie mówiącym wszystko o tej mrocznej, surrealistycznej i pełnej humoru historii.

Para buch! Koła w ruch!

Od kilku lat polowałem na ten winyl. W końcu, w jednym z warszawskich antykwariatów udało się ! Tak, tak, oto płyta z odgłosami lokomotyw. Do tego węgierska.

Oczywiście dla wielu winyl „Magyar Gozmozdonyok” może wydawać się kuriozalny, ale przecież jaki to genialny pomysł nagrać stare pociągi! Zresztą, na tylnej okładce pan dr Zsolt Karolyi wyjaśnia, że chodzi o zachowanie dla potomnych tego pięknego ducha prawdziwej żelaznej kolei.

Bohaterami płyty jest kilkanaście wyjątkowych lokomotyw. Słyszymy jak te zatrzymują się na stacjach, ruszają z nich, przejeżdżają przez różne tereny. Para bucha, psy szczekają, słychać nawet zapowiedzi z dworców.

W specjalnej wkładce znalazły się zdjęcia tych piekielnych maszyn i opisy lokomotyw. Są wśród nich te z najpopularniejszej na Węgrzech klasy MAV jeszcze z lat 20 zeszłego wieku, które rozpędzały się do 90 km/h. Są też jednak takie z końca XIX wieku, które nie osiągały nawet 40 km/h.

Całość opisana w trzech językach: węgierskim, angielskim i niemieckim.

Ten wyjątkowy krążek został wydany w 1983 roku przez powstałe na początku lat 50 wydawnictwo Hungaroton. Zresztą wciąż działające.

Na kopercie wewnątrz znalazły się ciekawe wskazówki dla użytkowników winyli. Jak przechowywać, jak czyścić, czego unikać. Przydatne do dziś.

„Magyar Gozmozdonyok” bywa dostępny na aukcjach internetowych i w antykwariatach, ale nie jest to zbyt popularny krążek. A tak genialny!

Wsiadam więc do MAV 424 i mknę przez Węgry! Tak to mniej więcej brzmi: